Miesiąc: luty 2021

kontrola domofonu

Trr trr. Trr trr. Trr trr.

Cholerny domofon.

Nie miałam szczęścia do domofonów. Kiedy byłam dzieciakiem rodzice zawsze kazali mi go odbierać. W końcu byłam najmłodsza. A później jak mój młodszy brat był najmłodszy to był za młody, żeby odbierać domofon, więc dalej robiłam to ja. 

I zawsze napatoczył się ktoś dziwaczny. Albo Jehowi, ględzący o końcu świata. Albo koledzy taty chcieli na niego poczekać i trzeba im było robić kawę i oglądać zdjęcia ich najzdolniejszych na świecie dzieci. Albo ktoś chciał pieniędzy za najnowszej generacji odkurzacz, który na domiar złego zamierzał mi w tej właśnie chwili zaprezentować. Albo ktoś chciał pieniędzy na chore dziecko. Albo ktoś po prostu chciał pieniędzy.

Raz oglądałam ‘Zawód: Gliniarz’, odcinek o gwałcicielach przebierających się za policjantów. I wtedy zadzwonił domofon i pod bramką stali policjanci. 

To był pierwszy raz kiedy nie odebrałam domofonu. Tak bardzo nie chciałam żeby mnie zauważyli, że najpierw poruszyłam firanką, a później uderzyłam słuchawką o okno. Oczywiście, żeby tego nie zobaczyć musieliby być ślepi, albo rozproszeni przez niedźwiedzia grizzly, więc dalej stali pod bramką i dzwonili. I dzwonili. I dzwonili. Aż przestali dzwonić i poszli. 

Wtedy z kolei pomyślałam, że to musieli być prawdziwi policjanci i za to, że ich nie wpuściłam na pewno zamkną mnie w poprawczaku. 

Trzeba było odebrać domofon.

Kiedy jednak mnie nie zamknęli, zamieszkałam sama i znowu odbierałam domofon. 

Jehowi chyba przenieśli się za mną, bo dalej świat nią miał się kończyć. Dalej ktoś tam czasem chciał pieniędzy. Koledzy taty na szczęście dalej przychodzili do taty. A policji nie było, ale czasem zjawiał się ksiądz po kolędzie, więc wcale nie lepiej.

A ja dalej odbierałam domofon. I raz zadzwoniła taka pani.

– Dzień dobry! Proszę mnie wpuścić! – krzyknęła przez słuchawkę.

Wrodzona uprzejmość kazała mi jej otworzyć. Pewnie to jakaś sąsiadka. Albo koleżanka sąsiadki. Ale pomyślałam sobie ‘Hola hola!’ Nie znam tej pani, równie dobrze może być złodziejem. Albo sprzedawcą odkurzaczy.

A, że strasznie nie lubiłam prezentacji, zapytałam:

– Dlaczego?

– To chyba oczywiste, bo wybrałam zły numer! Proszę NATYCHMIAST mnie wpuścić! – wykrzyczała oburzona.

– To proszę wybrać dobry – trzasnęłam słuchawką.

O nie, pomyślałam. Ostatni raz odebrałam domofon. W końcu znajomi zawsze się zapowiadali, kurierzy i dostawcy żarcia zawsze się zapowiadali, Jehowi i ksiądz po kolędzie niech sobie ględzą do kogoś innego, a resztę mam w dupie. 

Jeśli więc zadzwoni, będę udawać, że nic nie dzwoni.

Trr trr. Trr trr. Trr trr.

Zadrżały mi ręce. Nic nie dzwoni. 

Trr trr. Trr trr. Trr trr.

Pot spłynął mi po czole. Nic nie dzwoni. Nic nie dzwoni. NIC NIE DZWONI!

TRR TRR TRR!!!

– Halo? – powiedziałam do słuchawki.

– Dzień dobry – usłyszałam miły męski głos – Kontrola domofonu. Proszę wcisnąć przycisk numer jeden.

Otwieranie bramy? pomyślałam. No spoko. Jaki miły pan. Wcisnęłam przycisk numer jeden.

– Dziękuję. Proszę wcisnąć przycisk numer dwa.

Wzywanie windy? Okej. Czego ja właściwie się bałam? Wcisnęłam przycisk numer dwa.

– Dziękuję. Proszę wcisnąć przycisk główny.

Bez zastanowienia wcisnęłam przycisk otwierający klatkę. Słuchawką domofonu trzasnęła. Pot spłynął mi po czole. To chyba nie był sprzedawca odkurzaczy.

To był na naprawdę ostatni raz kiedy odebrałam domofon.

przebłysk geniuszu

Franz nie był typowym żakiem. Nie miał zamiłowania do pijaństwa, nie znosił burd, nie grał w karty, ani w kości. Hasło “na Szwaba!” budziło w nim tyle emocji co wieczorne nabożeństwo w kobietach o wątpliwej moralności, z którymi Franz nawiasem mówiąc również nie miał nic wspólnego. Mieszkał z mamą, która często przychodziła po niego, kiedy kończył nauki. Na Uniwersytecie. A studiował również nietypowo, bo po to właściwie, żeby się czegoś nauczyć.

Powiedzmy sobie szczerze – Franz był strasznym nudziarzem.

Franz przemierzał ulicę Złotniczą. Zwykle szedł tędy zmierzając w stronę kamieniczki pod numerem dwunastym. To tam każdego wieczora uczył się od swojego Mistrza sztuki alchemii i razem z nim pracował nad stworzeniem Kamienia Filozoficznego. Głównie jednak przepisywał jakieś stare kroniki po łacinie. Właściwie to robił tylko to. Franz bardzo lubił przepisywać stare kroniki po łacinie, mimo iż nic z nich nie rozumiał.

Dzisiejszy dzień był inny. Franz przeszedł wzdłuż ulicy Złotniczej, a na końcu skręcił w lewo. Przeszedł jeszcze kilkaset metrów, aż nad jego głową pojawił się niewielki szyld z napisem ‘Pod zalanym knurem’.

Dziwna nazwa dla karczmy, pomyślał Franz. Z drugiej strony skąd miał wiedzieć, nigdy nie był w żadnej karczmie. Zebrał w sobie całą odwagę (a było jej niewiele) i wszedł do środka.

Alojz postawił przed nim kufel napoju o bursztynowej barwie. Piwo nie było dobre. Przynajmniej pierwszy jego łyk. Franz czuł się z lekka nieswojo. Chłopaki z Uniwersytetu zwykli moczyć mu głowę w wychodku, a nie zapraszać na biesiady.

Jednak tym razem było inaczej. Pierwszy rok już dawno minął, właściwie to kończyli studia. Może dorośli? Może nie chcieli już więcej konfliktów, może byli już za starzy na kocenie?

Po piątym kuflu Franz pomyślał, że piwo jest całkiem dobre. Że w sumie to chłopaki są całkiem fajni, że teraz będą najlepszymi przyjaciółmi, że nigdy nie znajdzie receptury na Kamień Filozoficzny, że pergaminy mistrza są do bani, a mistrz nie jest mistrzem, tylko najzwyklejszym nieudacznikiem, który nie ma takich dobrych przyjaciół jak on – Franz.

I wtedy właśnie Franz dostał pięścią w ryj. Upadł bezwładnie  na podłogę. Nie miał pojęcia  dlaczego to się stało. Franz nigdy nie był w żadnej karczmie i nie wiedział, że można tu tak po prostu oberwać. Bo kolega z którym się przyszło będzie naśmiewał się z kogoś kto przyszedł w brudnym surducie.

Franz leżał pod stołem, próbując pozbierać rozsypane wokół myśli. Czuł jak ciepła krew wypływa mu z nosa, który był gorący i dziwnie pulsował. Słyszał jakieś krzyki, ktoś zaczął się bić, tłukły się kufle, karczmarz ryczał,  ktoś piszczał, ktoś przebiegł tuż obok… A Franz doznał olśnienia.

Tak. Franz wiedział dokładnie co ma teraz robić. Wstał i chwiejnym krokiem ruszył do wyjścia. Szedł przed siebie dzielnie wspierając się o ściany kamienic i opierając grawitacji, która w bardzo stanowczy sposób przyciągała go z powrotem ku ziemi.

Kilka minut później Franz był na ulicy Złotniczej pod drzwiami kamienicy numer dwanaście. Zapukał. Nic. Zapukał więc głośniej. A później zadudnił.

W drzwiach ukazał się posiwiały starzec w podartym ubraniu. Jego wzrok z niewinnego roztrzepania, poprzez zdumienie zamienił się w dość konkretne przerażenie.

– Franz na miłość Boską, co ci się…

– Mistrzu. Znam rozwiązanie – rzekł Franz z niezwykłą sobie pewnością siebie i wszedł do domku, przepychając się obok starca. Ten ruszył za nim w te pędy.

– Franz, ty jesteś pija…

Franz dopadł do swoich pergaminów i zaczął je przeglądać, obryzgując przy okazji krwią sączącą się z nosa. Rozumiał każde słowo. Wiedział, że ona gdzieś tam się kryje, wiedział, że receptura na Kamień Filozoficzny cały czas była tak blisko. Jaki był głupi, że nie wpadł na to wcześniej!

Mistrz przystanął w progu i uważnie przyglądał się poczynaniom swojego ucznia. Tylko raz widział coś podobnego. Miał kiedyś młodego ucznia Jana. Nie był on obiecującym uczniem, właściwie starszy człowiek trzymał go tylko dla towarzystwa i po to, żeby ktoś wreszcie przepisał te stare pergaminy zanim zgniją (chociaż niechby zgniły i tak nic z nich nigdy nie rozumiał). Ale raz Jan miał przebłysk. Jan usiadł i coś napisał. Mistrz nie wiedział do końca co, ale to musiało być ważne, bo Jana spalono na stosie, a później wybuchła rewolucja.

I teraz znowu. W tej samej pracowni. W JEGO pracowni. Młody Franz przeglądał z zapałem kroniki. Jego usta zaciśnięte byly w nerwowym skupieniu. Jego oczy pełne blasku. Tak… to znowu było to.

Franz nabrał głęboko powietrza. Kaszlnął. I zwymiotował prosto na swoje ukochane pergaminy, z których tak naprawde nigdy nic nie rozumiał. To nie było to.