Autor: ania

ostatni raz meble przez neta

23 października postanowiłam zamówić ławę w stylu japońskim, która miała idealnie pasować do mojego salonu.

Tydzień później zadzwoniła do mnie pani z obsługi, proponując dostawę do domu w piątek, w godzinach między 11, a 14. Czyli dokładnie wtedy, kiedy pracuję i nie bardzo mogę wyjść i jechać na drugi koniec miasta w celu odebrania przesyłki.

Zapytałam, czy dałoby się przełożyć dostawę na późniejszą godzinę. Nie dałoby się.

Zapytałam, czy w takim razie można zmienić adres dostawy, na adres mojej pracy. Wtedy odbiorę ją na spokojnie i na własną rękę zawiozę do domu. Tak, adres można zmienić, ale przesunie to termin dostawy na tydzień, ponieważ teraz logistycznie wszystko jest już dopięte na ostatni guzik. Dla mnie nie było problemu, w końcu nie miałam jeszcze prawie żadnych mebli, więc ten tydzień nie robił mi większej różnicy.

W międzyczasie mebli przybywało, po tygodniu ława nie przyjechała, ale pomyślałam, że mają jakieś opóźnienie, więc nie będę wydzwaniać i ich ponaglać.

Minęły trzy tygodnie i brakowało mi już tylko ławy.

Zadzwoniłam na infolinię. Odebrała pani i ze szczerym zdziwieniem powiedziała, że przecież ława została mi dostarczona trzy tygodnie temu. Ja powiedziałam, że nie została. Ona, że jak to, przecież w systemie ma napisane, że została. I tak sobie chwilę porozmawiałyśmy każda swoje, po czym jednak przekonałam ją, że absolutnie nie mam tej ławy, a oni na pewno nie mają za nią pieniędzy, bo przecież nigdy jej nie odebrałam, więc nigdy za nią nie zapłaciłam.

Pani przeprosiła i powiedziała, że najpóźniej w następnym tygodniu ława będzie dostarczona. Koleżanka będzie dzwonić co najmniej dwa dni przed planowaną dostawą. Przypomniałam jeszcze o zmianie adresu (na adres pracy). Pani nic o tym nie wiedziała, ale oczywiście już zapisuje.

Nadeszła środa w przyszłym tygodniu – 29 listopada. Telefon milczał, więc nauczona doświadczeniem czym prędzej zadzwoniłam.

Odebrała szczerze zdziwiona pani, że jakie zamówienie, przecież ono już dawno zostało dostarczone. Zapytałam jej czy sobie żartuje, a ona, że absolutnie nie żartuje i o co mi chodzi. Po chwili jednak udało jej się sobie przypomnieć, że rzeczywiście! Będzie pod koniec tego tygodnia, zadzwoni jutro. Przypomniałam o zmianie adresu, nic o tym nie wiedziała, ale oczywiście już zapisuje.

We czwartek słyszę telefon. Odbieram ze szczerym zdziwieniem. Pani informuje mnie, że ława zostanie mi dostarczona jutro między godziną 11, a 14. Cieszę się i pytam czy na zmieniony adres. Pani mówi, że tak, wszystko ma zapisane. Cieszę się jeszcze bardziej, dziękuję i odkładam słuchawkę.

A więc jednak stanie się – niedługo wypiję sobie herbatkę przy ławie w stylu japońskim. Do tej pory kładłam sobie kubek na kaloryferze za kanapą.

Dziesięć sekund później dzwoni pani po raz kolejny i mówi, że zaszła pomyłka. Mogą dostarczyć mi ławę w piątek między 11, a 14 do domu, albo w sobotę między 17, a 19. Mówię, że absolutnie mi to nie odpowiada.

– Czyli nie pracuję pani w sobotę wieczorem? – pyta pani.

– Nie, pracuję od poniedziałku do piątku, od 8 do 16.30.

– A nie może jakiś sąsiad tego odebrać w pani bloku?

– Nie, nikogo jeszcze nie znam, dopiero się wprowadziłam.

Po za tym chodzenie po obcych ludziach i robienie im kłopotu nie leży w moim zwyczaju. Ciekawe jak szybko znalazłabym kogoś, kto będzie w domu w piątek między 11, a 14.

Mówię, że widzę, że nie ma to sensu i w takim razie proszę anulować zamówienie.

– To nie chce pani tej ławy? – pyta pani w słuchawce.

Załamuję ręce.

– Ja bardzo chcę tą ławę, ale widzę, że się nie da. Więc nie chcę.

– To nie jest takie proste, proszę mi tam napisać maila z anulacją.

Miałam ochotę powiedzieć, że w dupie mam maile z anulacją, niech sama sobie napisze. Ale napisałam. Zamówienie anulowano.

A kubek z herbatą dalej kładę na kaloryferze za kanapą.

szaleństwo günthera

Nareszcie wiem! – wykrzyknął nagle Günther uderzając dłonią zaciśniętą w pięść o stół. Jego żona podskoczyła na krześle. Kawałek pieczeni, który przed chwilą nadziała na widelec spadł z powrotem na talerz.

– Więc może wreszcie mi powiesz – odrzekła, nie ukrywając irytacji. Od kilku tygodni Günther zachowywał się dziwnie. Cały czas mówił o ścigających go i próbujących zabić ‘ich’, jednak jakoś nie kwapił się z wyjaśnieniem kim byli ‘oni’. O niczym innym nie chciał rozmawiać. Brigit miała tego dość.

Günther nie zwrócił na nią uwagi. Zachowywał się jak w malignie. Napisał kilka słów na strzępku papieru. Nie wydawał się jednak zadowolony z tego co napisał. Pokręcił głową, przekreślił notatkę i wyrzucił ją do śmietnika. Chwycił płaszcz wiszący na krześle i wybiegł z domu.

Brigit wyjęła wrzucony do kosza na śmieci świstek. Do reszty sfiksował, pomyślała.

Przekreślony napis na kartce głosił ‘YOG’TZE’.

przekreślona notatka.

Günther Stoll bezrobotny technik żywienia z Anzhausen od kilku tygodni nie był sobą. Był nerwowy i rozkojarzony, a przede wszystkim twierdził jakoby mieli śledzić go tajemniczy mężczyźni. Jego żona Brigit z początku martwiła się jego stanem zdrowia, być może nawet wierzyła rzekome prześladowania. Lekarze jednak orzekli niegroźną paranoję, a mgliste opowieści o tajemniczych mężczyznach prześladujących jej męża zaczynały ją powoli nużyć. Günther powinien lepiej zająć się szukaniem pracy, tak uważała.

Dochodziła godzina 23, 25 października 1984 roku. Günther i Brigit siedzieli przy stole w kuchni jedząc kolację. Günther jak zwykle ostatnio był zamyślony, ale Brigit cieszyła się, że przynajmniej odzyskał apetyt. Jej radość nie potrwała jednak długo. Mężczyzna poderwał się z krzesła z okrzykiem ‘Nareszcie wiem!’ (‘Jetzt geht mir ein Licht auf!’), na skrawku papieru napisał ciąg znaków ‘YOG’TZE’, po czym zdenerwowany przekreślił je, wyrzucił notatkę do śmietnika i wybiegł z domu.

Günther ruszył w stronę swojego ulubionego baru ‘The Papillon’ w Wilnsdorf, oddalonego półtorej kilometra od jego domu w Anzhausen, w Nadnerni Północnej – Westfalii, w RFN.

– Cześć Günther, jak leci? – zapytał barman i widząc zdenerwowanie na twarzy mężczyzny dodał – Żonka znowu dała popalić? – roześmiał się serdecznie.

– Cześć. Lej to co zwykle – pokręcił głową Günther. Nie miał dzisiaj czasu na pogaduchy.

– Się robi.

Przed Güntherem pojawił się kufel piwa. Zanim mężczyzna zdążył wypić chociaż łyk, stracił przytomność i upadł bezwładnie na podłogę. Ludzie siedzący w barze zebrali się wokół niego. Jeden z mężczyzn spróbował go ocucić. Podniósł go na nogi. Günther miał poranioną twarz, stróżka krwi spływała mu z brwi. Złapał się za czoło i oparł o jedno z krzeseł, wciągając głośno powietrze. Barman nalał mu kieliszek Schnappsa, który Günther szybko wypił i pospiesznym krokiem wyszedł z baru. Nie odezwał się ani słowem. Piwo pozostało na ladzie, nietknięte.

Nie wiadomo co Günther robił przez kolejne dwie godziny. Około 1 w nocy pojawił się w Haigerseelback. Było to jego rodzinne miasteczko, oddalone o jakieś 100 kilometrów od Anzhauzen. Zadudnił w drzwi domu swojej sąsiadki z dzieciństwa, Erny Hellfritz. Kilka minut później przestraszona kobieta w szlafroku uchyliła okno.

przewidział swój los?

– Stało się coś strasznego… przydarzył się koszmarny wypadek… – jęknął roztrzęsionym głosem Günther. Nie wyglądał na rannego, bardziej na strasznie zdenerwowanego. Erna nie chciała go wpuszczać do domu. Było bardzo późno, ona była sama, a mężczyzna zachowywał się co najmniej podejrzanie.

– Bardzo mi przykro Günther, może idź do swoich rodziców, oni ci pomogą – odrzekła. Jego rodzice mieszkali dom dalej, naprawdę nie rozumiała dlaczego przyszedł właśnie do niej.

Günther stwierdził jednak, że rodzice nie zrozumieją jego obaw. Erna zaproponowała powrót do żony.

– Tak zrobię – powiedział zrezygnowany i ruszył w stronę swojego niebieskiego VW Golfa I – Okropne rzeczy wydarzą się dzisiaj w nocy – dodał jeszcze przez ramię i wsiadł do auta. Zamiast wrócić do Brigit zniknął na kolejne dwie godziny.

Około 3 w nocy dwóch kierowców ciężarówek Holger Meffert i Georg Konzler odnalazło pogruchotany samochód Stolla leżący w rowie przy drodze prowadzącej do A45, niedaleko zjazdu Hagen – Süd. Koło samochodu przemknął mężczyzna w białej kurtce, jednak zanim zdążyli zareagować zniknął w ciemnościach. Hogler zadzwonił na policję, a Georg postanowił zajrzeć do auta. Znalazł tam Günthera, nagiego i całego we krwi. Mężczyzna siedział na fotelu pasażera. Był przytomny. Zdołał wykrztusić, że było z nim czterech mężczyzn, którzy zdążyli już uciec. Na pytanie czy byli to jego przyjaciele, zaprzeczył. Nie zdążył wyjaśnić nic więcej – zmarł w drodze do szpitala.

morderstwo czy przypadek?

Śledczy ustalili, że Stoll musiał zostać potrącony w innym miejscu i przez inny samochód samemu nie znajdując się w pojeździe. W momencie wypadku musiał też być nagi. Po wszystkim ktoś przetransportował go wraz z samochodem na drogę A45. Inni, zeznający niezależnie kierowcy zeznali, że mniej – więcej o tej porze widzieli autostopowicza przy Hagen – Süd. Autostopowicz, mężczyzna w białej kurtce, ani miejsce wypadku nie zostały nigdy zidentyfikowane.

Istnieje teza mówiąca, że podczas swoich podróży do Holandii Günther Stoll mógł nawiązać kontakt z dilerami narkotykowymi i to przyczyniło się do jego śmierci. Zjazd Hagen – Süd był popularnym miejscem spotkań dilerów i ich klientów w latach 80. i 90. Powiązanie to nie zostało jednak nigdy poparte żadnymi dowodami.

Ciąg znaków ‘YOG’TZE’ również nie został rozszyfrowany. Oryginalna notatka Günthera przepadła i została odtworzona przez jego żonę podczas śledztwa. Nie ma więc pewności, czy to właśnie dokładnie taki ciąg liter znajdował się na kartce. Litera ‘O’ mogła być zerem, ‘Z’ dwójką, a ‘G’ szóstką.

Niektórzy spekulują, że Günther mógł spisać radiowy znak wywoławczy Rumunii ‘TO6TZE’, nie wiadomo jednak jaki miałby być motyw takiego działania.

Trzy ostatnie litery ‘TZE’ mogą być odwołaniem do dodatku smakowego do jogurtów, co może potwierdzać początek ‘YOG’. Podejrzewa się, że Günther jako technik żywienia, mógł odkryć jakiś przekręt w firmie, w której pracował, lub być zaangażowany w tajny projekt, którego ujawnienie mogłoby kosztować jego pracodawcę zbyt wiele. Jednak jeśli rzeczywiście mężczyzna miał zostać uciszony, dlaczego pozostawiono go przy życiu?

Możliwe również, że tak jak mówili lekarze, Günther miał atak paranoi, niestety poważniejszy niż mogłoby się wydawać z początku. Poprzedzające jego śmierć zachowania mogłby być objawami schizofrenii lub manii prześladowczej. Günther w ucieczce przed tajemniczymi prześladowcami szukał pomocy u osoby, którą znał z dzieciństwa i czuł, że może zaufać – Erny. Nie dostając jej i doznając halucynacji mógł rozebrać się do naga i wyjść na ulicę. Niezauważony w ciemności mógł przypadkiem zostać potrącony, a sprawcy w panice nieudolnie upozorowali wypadek. Günther mógł sam wystawić się na niebezpieczeństwo, a niewyjaśniona notatka mogła być w sprawie nieistotna.

Nie zmienia to jednak faktu, że wydarzenia te bardzo ciężko uznać za niefortunny zbieg okoliczności, a sprawa YOGTZE do dzisiaj pozostaje jednym z najbardziej tajemniczych morderstw na świecie.

najgorsza delegacja ever

Miałam kiedyś takiego bardzo niesympatycznego szefa, nazwijmy go Gadzi Ryj, bo z twarzy przypominał jaszczurkę z zatwardzeniem. I on powiedział: Lecisz w delegację.

Niby etat w hamulcach dostałam miesiąc temu. Niby była to moja pierwsza praca. Niby byłam nowa w branży, po niekoniecznie pasującym kierunku. Niby nie dostałam żadnego szkolenia. Ale Gadzi Ryj powiedział, że przecież jestem inżynierem i mam wszystko rozumieć. A jak nie rozumiem to mam sobie czytać dokumentację i zrozumiem. A jak nie zrozumiem to widać do niczego się nie nadaję.

Niby to nie był mój projekt i dostałam go po koledze. Nigdy też nie rozmawiałam z klientami, a tu mam jechać, prezentować produkt, o którym nie mam pojęcia, odpowiadać na pytania, na które nie znam odpowiedzi. Ale Gadzi Ryj powiedział, że projekt jak projekt, w hamulcach nie ma żadnej filozofii, to sobie tam sama na pewno przekminię, kilka kompromitacji najlepiej mnie nauczy, a później to samo jakoś pójdzie.

Niby bałam się jak cholera lecieć sama, w dodatku daleko, i powiedziałam, że nie polecę. Ale Gadzi Ryj powiedział: Polecisz, polecisz.

Więc poleciałam.

Aneta powiedziała: Ale super, delegacja do Sztokholmu! Zazdroszczę. Pomyślałam sobie, rzeczywiście. Nigdy nie byłam w Szwecji, przynajmniej wykorzystam ten wyjazd do tego, żeby zobaczyć kawałek świata.

Musiałam zarezerwować nocleg. Firma pozwalała na rezerwację hotelu do stu euro za noc. Można by pomyśleć całkiem dużo hajsu. Otóż nie, kiedy rezerwujemy nocleg w Sztokholmie w ostatniej chwili. Dlatego wzięłam coś dwadzieścia kilometrów za.

Nie mogłam polecieć samolotem rano, bo praca i Gadzi Ryj nie uważał tego za stosowne, więc poleciałam wieczorem. Podczas lotu fantazjowałam o tym, jak samolot spada i ginę. Niby szkoda by było poświęcać tyle bogu ducha winnych ludzi, ale kompromitacja, której już za chwilę miałam doświadczyć wydawała się dla mnie gorsza. Nie spadłam. Wylądowałam tuż przed północą.

Nie mogłam znaleźć taksówek. Zresztą i tak nie miałam kasy. Zapytałam kogoś tam z informacji, ale nie bardzo mogłam się dogadać. Pokierowali mnie na przystanek autobusowy. I pojechałam autobusem. Co do zwiedzania Sztokholmu to ładne mają lotnisko, i to za oknami autobusu też spoko, tylko trochę ciemno.

Zabudowania znikały z każdym przystankiem. Jacyś kolesie przyglądali mi się i szeptali coś między sobą. Bałam się, że wysiądą za mną, ale moje wyobrażenia rodem ze szwedzkiego kryminału się nie sprawdziły, nie wysiedli. Za to znalazłam się zupełnie sama na ciemnym pustkowiu, z różową walizka w jednej ręce i niesławnym iPhonem w drugiej. Jakby co, był środek zimy.

Zadzwoniłam do mamy, żeby sprawdziła na mapie gdzie mam iść i jakoś mnie pokierowała, ale zasraniec się rozładował. Rozpłakałam się. Szłam zaśnieżoną łąka w stronę jednej jedynej latarni. Kółka walizki odbijały się od ukrytych pod śniegiem kamieni. Szłam i płakałam.

Nagle jedno z kółek wpadło w dziurę i odpadło. Rozpłakałam się jeszcze bardziej. 

Dowlokłam się do latarni. Po drugiej stronie ulicy widniał zarys budynku, który mógł być zarezerwowanym pensjonatem. Trochę taka nowoczesna stajnia. Nie było przejścia dla pieszych, więc spojrzałam na ulicę, czy nic nie jedzie. Zupełnie nie wiem po co, kto niby miałby tędy przejeżdżać. Tak naprawdę to miałam kilka pomysłów po co i żaden nie kończył się dla mnie dobrze.

Dotarłam do budynku. I pomyślałam sobie, o jak dobrze! Ale nie było dobrze. Wszystkie okna były zabite dechami. Serio, zobaczyłam deski przybite gwoździami do framug. 

Świetnie. Więc zamknęli ten pensjonat, a ja będę nocować na ulicy na jakiś szwedzkim wypizdowie. No i co ja mam teraz zrobić. Jest pewnie gdzieś druga w nocy. Telefon rozładowany. Pensjonatu brak. Cywilizacji brak. Rękawiczek brak. Zimno jak jasny pieron. Usiadłam na śniegu tonąc w bezsilności. Bo to czego zabrakło mi w tej sytuacji to zapalenie pęcherza.

Dobra, pomyślałam sobie, nie zwiedziłam Sztokholmu, to zwiedzę chociaż tę urokliwą, szwedzką wioskę, której nazwy nie pamiętam. Noc wydaje się być doskonałą porą na zwiedzanie wsi, a najlepiej kiedy w okolicy nie ma latarni.

Szłam więc przed siebie, a w głowie zaczęłam robić listę rzeczy do zrobienia, zakładając, że przeżyję i uda mi się wrócić do domu. Po pierwsze, kupić sobie rękawiczki. Po drugie, wymienić iPhone’a na jakiś uczciwy telefon. Po trzecie urwać jaja Gadziemu Ryjowi. Po czwarte powiedzieć Anecie, że o dupę rozbić te wszystkie delegacje…

I wtedy go zobaczyłam. Zza drzew wyłonił się domek, w którym paliły się światła. Nie ekscytowałam się jeszcze zbytnio, bo mogły to być halucynacje spowodowane hipotermią. Powoli zaczęłam iść w jego kierunku. 

Domek istniał. I drzwi były otwarte. Straciłam oddech, kiedy uderzyło mnie ciepło. Było tam coś co wyglądało jak recepcja i zaraz zbiegł jakiś przemiły pan, który powiedział, że tak to ten pensjonat. I wtedy rozpłakałam się na dobre.

*

Klienci, z którymi rozmawiałam o projekcie okazali się spoko ziomkami. Mimo, że na spotkanie przyszłam z podkrążonymi, spuchniętymi oczami, jąkałam się i gubiłam, oni zdawali się nie zwracać uwagi na to, że nie mam pojęcia co robię, a na każde pytanie odpowiadam ‘Już zapisuję, będziemy musieli to sprawdzić’.

Później zawieźli mnie do zakładu taboru kolejowego, żebym mogła ocenić jakieś rzeczy, których nie potrafiłam ocenić. Więc zaglądałam w różne miejsca pociągu i oceniałam. Tego dnia dowiedziałam się więcej o hamulcach niż przez następne półtorej roku pracy z Gadzim Ryjem (łał).

*

Człowiek to jednak jest głupi w swojej pierwszej pracy.

Nikt nie rodzi się ze umiejętnością projektowania hamulców, sterowania samolotu, ani grania w bierki. Nikt nie rodzi się również z umiejętnością chodzenia, jedzenia i załatwiania się w odpowiednie miejsce. Prawdopodobnie powinniśmy uczyć się tego z dokumentacji.

Studia inżynierskie nie robią z człowieka elektronika, mechanika i programisty w jednym. Z umiejętnością publicznego prezentowania ofert i negocjacji z klientami. Ani nabywania całej wiedzy świata z projektu, który zrobił ktoś inny spoglądając na niego przez dwa dni.

Jeszcze powinno być coś o zmuszaniu ludzi do kompromitowania się, co niby ma działać lepiej niż dawanie im wiedzy, wysyłaniu ich nocą do obcych krajów w pojedynkę, rezerwowaniu noclegów dwadzieścia kilometrów od miasta, bo za drogo…

No ale tłumacz to jaszczurce z zatwardzeniem.

kontrola domofonu

Trr trr. Trr trr. Trr trr.

Cholerny domofon.

Nie miałam szczęścia do domofonów. Kiedy byłam dzieciakiem rodzice zawsze kazali mi go odbierać. W końcu byłam najmłodsza. A później jak mój młodszy brat był najmłodszy to był za młody, żeby odbierać domofon, więc dalej robiłam to ja. 

I zawsze napatoczył się ktoś dziwaczny. Albo Jehowi, ględzący o końcu świata. Albo koledzy taty chcieli na niego poczekać i trzeba im było robić kawę i oglądać zdjęcia ich najzdolniejszych na świecie dzieci. Albo ktoś chciał pieniędzy za najnowszej generacji odkurzacz, który na domiar złego zamierzał mi w tej właśnie chwili zaprezentować. Albo ktoś chciał pieniędzy na chore dziecko. Albo ktoś po prostu chciał pieniędzy.

Raz oglądałam ‘Zawód: Gliniarz’, odcinek o gwałcicielach przebierających się za policjantów. I wtedy zadzwonił domofon i pod bramką stali policjanci. 

To był pierwszy raz kiedy nie odebrałam domofonu. Tak bardzo nie chciałam żeby mnie zauważyli, że najpierw poruszyłam firanką, a później uderzyłam słuchawką o okno. Oczywiście, żeby tego nie zobaczyć musieliby być ślepi, albo rozproszeni przez niedźwiedzia grizzly, więc dalej stali pod bramką i dzwonili. I dzwonili. I dzwonili. Aż przestali dzwonić i poszli. 

Wtedy z kolei pomyślałam, że to musieli być prawdziwi policjanci i za to, że ich nie wpuściłam na pewno zamkną mnie w poprawczaku. 

Trzeba było odebrać domofon.

Kiedy jednak mnie nie zamknęli, zamieszkałam sama i znowu odbierałam domofon. 

Jehowi chyba przenieśli się za mną, bo dalej świat nią miał się kończyć. Dalej ktoś tam czasem chciał pieniędzy. Koledzy taty na szczęście dalej przychodzili do taty. A policji nie było, ale czasem zjawiał się ksiądz po kolędzie, więc wcale nie lepiej.

A ja dalej odbierałam domofon. I raz zadzwoniła taka pani.

– Dzień dobry! Proszę mnie wpuścić! – krzyknęła przez słuchawkę.

Wrodzona uprzejmość kazała mi jej otworzyć. Pewnie to jakaś sąsiadka. Albo koleżanka sąsiadki. Ale pomyślałam sobie ‘Hola hola!’ Nie znam tej pani, równie dobrze może być złodziejem. Albo sprzedawcą odkurzaczy.

A, że strasznie nie lubiłam prezentacji, zapytałam:

– Dlaczego?

– To chyba oczywiste, bo wybrałam zły numer! Proszę NATYCHMIAST mnie wpuścić! – wykrzyczała oburzona.

– To proszę wybrać dobry – trzasnęłam słuchawką.

O nie, pomyślałam. Ostatni raz odebrałam domofon. W końcu znajomi zawsze się zapowiadali, kurierzy i dostawcy żarcia zawsze się zapowiadali, Jehowi i ksiądz po kolędzie niech sobie ględzą do kogoś innego, a resztę mam w dupie. 

Jeśli więc zadzwoni, będę udawać, że nic nie dzwoni.

Trr trr. Trr trr. Trr trr.

Zadrżały mi ręce. Nic nie dzwoni. 

Trr trr. Trr trr. Trr trr.

Pot spłynął mi po czole. Nic nie dzwoni. Nic nie dzwoni. NIC NIE DZWONI!

TRR TRR TRR!!!

– Halo? – powiedziałam do słuchawki.

– Dzień dobry – usłyszałam miły męski głos – Kontrola domofonu. Proszę wcisnąć przycisk numer jeden.

Otwieranie bramy? pomyślałam. No spoko. Jaki miły pan. Wcisnęłam przycisk numer jeden.

– Dziękuję. Proszę wcisnąć przycisk numer dwa.

Wzywanie windy? Okej. Czego ja właściwie się bałam? Wcisnęłam przycisk numer dwa.

– Dziękuję. Proszę wcisnąć przycisk główny.

Bez zastanowienia wcisnęłam przycisk otwierający klatkę. Słuchawką domofonu trzasnęła. Pot spłynął mi po czole. To chyba nie był sprzedawca odkurzaczy.

To był na naprawdę ostatni raz kiedy odebrałam domofon.

przebłysk geniuszu

Franz nie był typowym żakiem. Nie miał zamiłowania do pijaństwa, nie znosił burd, nie grał w karty, ani w kości. Hasło “na Szwaba!” budziło w nim tyle emocji co wieczorne nabożeństwo w kobietach o wątpliwej moralności, z którymi Franz nawiasem mówiąc również nie miał nic wspólnego. Mieszkał z mamą, która często przychodziła po niego, kiedy kończył nauki. Na Uniwersytecie. A studiował również nietypowo, bo po to właściwie, żeby się czegoś nauczyć.

Powiedzmy sobie szczerze – Franz był strasznym nudziarzem.

Franz przemierzał ulicę Złotniczą. Zwykle szedł tędy zmierzając w stronę kamieniczki pod numerem dwunastym. To tam każdego wieczora uczył się od swojego Mistrza sztuki alchemii i razem z nim pracował nad stworzeniem Kamienia Filozoficznego. Głównie jednak przepisywał jakieś stare kroniki po łacinie. Właściwie to robił tylko to. Franz bardzo lubił przepisywać stare kroniki po łacinie, mimo iż nic z nich nie rozumiał.

Dzisiejszy dzień był inny. Franz przeszedł wzdłuż ulicy Złotniczej, a na końcu skręcił w lewo. Przeszedł jeszcze kilkaset metrów, aż nad jego głową pojawił się niewielki szyld z napisem ‘Pod zalanym knurem’.

Dziwna nazwa dla karczmy, pomyślał Franz. Z drugiej strony skąd miał wiedzieć, nigdy nie był w żadnej karczmie. Zebrał w sobie całą odwagę (a było jej niewiele) i wszedł do środka.

Alojz postawił przed nim kufel napoju o bursztynowej barwie. Piwo nie było dobre. Przynajmniej pierwszy jego łyk. Franz czuł się z lekka nieswojo. Chłopaki z Uniwersytetu zwykli moczyć mu głowę w wychodku, a nie zapraszać na biesiady.

Jednak tym razem było inaczej. Pierwszy rok już dawno minął, właściwie to kończyli studia. Może dorośli? Może nie chcieli już więcej konfliktów, może byli już za starzy na kocenie?

Po piątym kuflu Franz pomyślał, że piwo jest całkiem dobre. Że w sumie to chłopaki są całkiem fajni, że teraz będą najlepszymi przyjaciółmi, że nigdy nie znajdzie receptury na Kamień Filozoficzny, że pergaminy mistrza są do bani, a mistrz nie jest mistrzem, tylko najzwyklejszym nieudacznikiem, który nie ma takich dobrych przyjaciół jak on – Franz.

I wtedy właśnie Franz dostał pięścią w ryj. Upadł bezwładnie  na podłogę. Nie miał pojęcia  dlaczego to się stało. Franz nigdy nie był w żadnej karczmie i nie wiedział, że można tu tak po prostu oberwać. Bo kolega z którym się przyszło będzie naśmiewał się z kogoś kto przyszedł w brudnym surducie.

Franz leżał pod stołem, próbując pozbierać rozsypane wokół myśli. Czuł jak ciepła krew wypływa mu z nosa, który był gorący i dziwnie pulsował. Słyszał jakieś krzyki, ktoś zaczął się bić, tłukły się kufle, karczmarz ryczał,  ktoś piszczał, ktoś przebiegł tuż obok… A Franz doznał olśnienia.

Tak. Franz wiedział dokładnie co ma teraz robić. Wstał i chwiejnym krokiem ruszył do wyjścia. Szedł przed siebie dzielnie wspierając się o ściany kamienic i opierając grawitacji, która w bardzo stanowczy sposób przyciągała go z powrotem ku ziemi.

Kilka minut później Franz był na ulicy Złotniczej pod drzwiami kamienicy numer dwanaście. Zapukał. Nic. Zapukał więc głośniej. A później zadudnił.

W drzwiach ukazał się posiwiały starzec w podartym ubraniu. Jego wzrok z niewinnego roztrzepania, poprzez zdumienie zamienił się w dość konkretne przerażenie.

– Franz na miłość Boską, co ci się…

– Mistrzu. Znam rozwiązanie – rzekł Franz z niezwykłą sobie pewnością siebie i wszedł do domku, przepychając się obok starca. Ten ruszył za nim w te pędy.

– Franz, ty jesteś pija…

Franz dopadł do swoich pergaminów i zaczął je przeglądać, obryzgując przy okazji krwią sączącą się z nosa. Rozumiał każde słowo. Wiedział, że ona gdzieś tam się kryje, wiedział, że receptura na Kamień Filozoficzny cały czas była tak blisko. Jaki był głupi, że nie wpadł na to wcześniej!

Mistrz przystanął w progu i uważnie przyglądał się poczynaniom swojego ucznia. Tylko raz widział coś podobnego. Miał kiedyś młodego ucznia Jana. Nie był on obiecującym uczniem, właściwie starszy człowiek trzymał go tylko dla towarzystwa i po to, żeby ktoś wreszcie przepisał te stare pergaminy zanim zgniją (chociaż niechby zgniły i tak nic z nich nigdy nie rozumiał). Ale raz Jan miał przebłysk. Jan usiadł i coś napisał. Mistrz nie wiedział do końca co, ale to musiało być ważne, bo Jana spalono na stosie, a później wybuchła rewolucja.

I teraz znowu. W tej samej pracowni. W JEGO pracowni. Młody Franz przeglądał z zapałem kroniki. Jego usta zaciśnięte byly w nerwowym skupieniu. Jego oczy pełne blasku. Tak… to znowu było to.

Franz nabrał głęboko powietrza. Kaszlnął. I zwymiotował prosto na swoje ukochane pergaminy, z których tak naprawde nigdy nic nie rozumiał. To nie było to.