Kategoria: bajzel

ostatni raz meble przez neta

23 października postanowiłam zamówić ławę w stylu japońskim, która miała idealnie pasować do mojego salonu.

Tydzień później zadzwoniła do mnie pani z obsługi, proponując dostawę do domu w piątek, w godzinach między 11, a 14. Czyli dokładnie wtedy, kiedy pracuję i nie bardzo mogę wyjść i jechać na drugi koniec miasta w celu odebrania przesyłki.

Zapytałam, czy dałoby się przełożyć dostawę na późniejszą godzinę. Nie dałoby się.

Zapytałam, czy w takim razie można zmienić adres dostawy, na adres mojej pracy. Wtedy odbiorę ją na spokojnie i na własną rękę zawiozę do domu. Tak, adres można zmienić, ale przesunie to termin dostawy na tydzień, ponieważ teraz logistycznie wszystko jest już dopięte na ostatni guzik. Dla mnie nie było problemu, w końcu nie miałam jeszcze prawie żadnych mebli, więc ten tydzień nie robił mi większej różnicy.

W międzyczasie mebli przybywało, po tygodniu ława nie przyjechała, ale pomyślałam, że mają jakieś opóźnienie, więc nie będę wydzwaniać i ich ponaglać.

Minęły trzy tygodnie i brakowało mi już tylko ławy.

Zadzwoniłam na infolinię. Odebrała pani i ze szczerym zdziwieniem powiedziała, że przecież ława została mi dostarczona trzy tygodnie temu. Ja powiedziałam, że nie została. Ona, że jak to, przecież w systemie ma napisane, że została. I tak sobie chwilę porozmawiałyśmy każda swoje, po czym jednak przekonałam ją, że absolutnie nie mam tej ławy, a oni na pewno nie mają za nią pieniędzy, bo przecież nigdy jej nie odebrałam, więc nigdy za nią nie zapłaciłam.

Pani przeprosiła i powiedziała, że najpóźniej w następnym tygodniu ława będzie dostarczona. Koleżanka będzie dzwonić co najmniej dwa dni przed planowaną dostawą. Przypomniałam jeszcze o zmianie adresu (na adres pracy). Pani nic o tym nie wiedziała, ale oczywiście już zapisuje.

Nadeszła środa w przyszłym tygodniu – 29 listopada. Telefon milczał, więc nauczona doświadczeniem czym prędzej zadzwoniłam.

Odebrała szczerze zdziwiona pani, że jakie zamówienie, przecież ono już dawno zostało dostarczone. Zapytałam jej czy sobie żartuje, a ona, że absolutnie nie żartuje i o co mi chodzi. Po chwili jednak udało jej się sobie przypomnieć, że rzeczywiście! Będzie pod koniec tego tygodnia, zadzwoni jutro. Przypomniałam o zmianie adresu, nic o tym nie wiedziała, ale oczywiście już zapisuje.

We czwartek słyszę telefon. Odbieram ze szczerym zdziwieniem. Pani informuje mnie, że ława zostanie mi dostarczona jutro między godziną 11, a 14. Cieszę się i pytam czy na zmieniony adres. Pani mówi, że tak, wszystko ma zapisane. Cieszę się jeszcze bardziej, dziękuję i odkładam słuchawkę.

A więc jednak stanie się – niedługo wypiję sobie herbatkę przy ławie w stylu japońskim. Do tej pory kładłam sobie kubek na kaloryferze za kanapą.

Dziesięć sekund później dzwoni pani po raz kolejny i mówi, że zaszła pomyłka. Mogą dostarczyć mi ławę w piątek między 11, a 14 do domu, albo w sobotę między 17, a 19. Mówię, że absolutnie mi to nie odpowiada.

– Czyli nie pracuję pani w sobotę wieczorem? – pyta pani.

– Nie, pracuję od poniedziałku do piątku, od 8 do 16.30.

– A nie może jakiś sąsiad tego odebrać w pani bloku?

– Nie, nikogo jeszcze nie znam, dopiero się wprowadziłam.

Po za tym chodzenie po obcych ludziach i robienie im kłopotu nie leży w moim zwyczaju. Ciekawe jak szybko znalazłabym kogoś, kto będzie w domu w piątek między 11, a 14.

Mówię, że widzę, że nie ma to sensu i w takim razie proszę anulować zamówienie.

– To nie chce pani tej ławy? – pyta pani w słuchawce.

Załamuję ręce.

– Ja bardzo chcę tą ławę, ale widzę, że się nie da. Więc nie chcę.

– To nie jest takie proste, proszę mi tam napisać maila z anulacją.

Miałam ochotę powiedzieć, że w dupie mam maile z anulacją, niech sama sobie napisze. Ale napisałam. Zamówienie anulowano.

A kubek z herbatą dalej kładę na kaloryferze za kanapą.

najgorsza delegacja ever

Miałam kiedyś takiego bardzo niesympatycznego szefa, nazwijmy go Gadzi Ryj, bo z twarzy przypominał jaszczurkę z zatwardzeniem. I on powiedział: Lecisz w delegację.

Niby etat w hamulcach dostałam miesiąc temu. Niby była to moja pierwsza praca. Niby byłam nowa w branży, po niekoniecznie pasującym kierunku. Niby nie dostałam żadnego szkolenia. Ale Gadzi Ryj powiedział, że przecież jestem inżynierem i mam wszystko rozumieć. A jak nie rozumiem to mam sobie czytać dokumentację i zrozumiem. A jak nie zrozumiem to widać do niczego się nie nadaję.

Niby to nie był mój projekt i dostałam go po koledze. Nigdy też nie rozmawiałam z klientami, a tu mam jechać, prezentować produkt, o którym nie mam pojęcia, odpowiadać na pytania, na które nie znam odpowiedzi. Ale Gadzi Ryj powiedział, że projekt jak projekt, w hamulcach nie ma żadnej filozofii, to sobie tam sama na pewno przekminię, kilka kompromitacji najlepiej mnie nauczy, a później to samo jakoś pójdzie.

Niby bałam się jak cholera lecieć sama, w dodatku daleko, i powiedziałam, że nie polecę. Ale Gadzi Ryj powiedział: Polecisz, polecisz.

Więc poleciałam.

Aneta powiedziała: Ale super, delegacja do Sztokholmu! Zazdroszczę. Pomyślałam sobie, rzeczywiście. Nigdy nie byłam w Szwecji, przynajmniej wykorzystam ten wyjazd do tego, żeby zobaczyć kawałek świata.

Musiałam zarezerwować nocleg. Firma pozwalała na rezerwację hotelu do stu euro za noc. Można by pomyśleć całkiem dużo hajsu. Otóż nie, kiedy rezerwujemy nocleg w Sztokholmie w ostatniej chwili. Dlatego wzięłam coś dwadzieścia kilometrów za.

Nie mogłam polecieć samolotem rano, bo praca i Gadzi Ryj nie uważał tego za stosowne, więc poleciałam wieczorem. Podczas lotu fantazjowałam o tym, jak samolot spada i ginę. Niby szkoda by było poświęcać tyle bogu ducha winnych ludzi, ale kompromitacja, której już za chwilę miałam doświadczyć wydawała się dla mnie gorsza. Nie spadłam. Wylądowałam tuż przed północą.

Nie mogłam znaleźć taksówek. Zresztą i tak nie miałam kasy. Zapytałam kogoś tam z informacji, ale nie bardzo mogłam się dogadać. Pokierowali mnie na przystanek autobusowy. I pojechałam autobusem. Co do zwiedzania Sztokholmu to ładne mają lotnisko, i to za oknami autobusu też spoko, tylko trochę ciemno.

Zabudowania znikały z każdym przystankiem. Jacyś kolesie przyglądali mi się i szeptali coś między sobą. Bałam się, że wysiądą za mną, ale moje wyobrażenia rodem ze szwedzkiego kryminału się nie sprawdziły, nie wysiedli. Za to znalazłam się zupełnie sama na ciemnym pustkowiu, z różową walizka w jednej ręce i niesławnym iPhonem w drugiej. Jakby co, był środek zimy.

Zadzwoniłam do mamy, żeby sprawdziła na mapie gdzie mam iść i jakoś mnie pokierowała, ale zasraniec się rozładował. Rozpłakałam się. Szłam zaśnieżoną łąka w stronę jednej jedynej latarni. Kółka walizki odbijały się od ukrytych pod śniegiem kamieni. Szłam i płakałam.

Nagle jedno z kółek wpadło w dziurę i odpadło. Rozpłakałam się jeszcze bardziej. 

Dowlokłam się do latarni. Po drugiej stronie ulicy widniał zarys budynku, który mógł być zarezerwowanym pensjonatem. Trochę taka nowoczesna stajnia. Nie było przejścia dla pieszych, więc spojrzałam na ulicę, czy nic nie jedzie. Zupełnie nie wiem po co, kto niby miałby tędy przejeżdżać. Tak naprawdę to miałam kilka pomysłów po co i żaden nie kończył się dla mnie dobrze.

Dotarłam do budynku. I pomyślałam sobie, o jak dobrze! Ale nie było dobrze. Wszystkie okna były zabite dechami. Serio, zobaczyłam deski przybite gwoździami do framug. 

Świetnie. Więc zamknęli ten pensjonat, a ja będę nocować na ulicy na jakiś szwedzkim wypizdowie. No i co ja mam teraz zrobić. Jest pewnie gdzieś druga w nocy. Telefon rozładowany. Pensjonatu brak. Cywilizacji brak. Rękawiczek brak. Zimno jak jasny pieron. Usiadłam na śniegu tonąc w bezsilności. Bo to czego zabrakło mi w tej sytuacji to zapalenie pęcherza.

Dobra, pomyślałam sobie, nie zwiedziłam Sztokholmu, to zwiedzę chociaż tę urokliwą, szwedzką wioskę, której nazwy nie pamiętam. Noc wydaje się być doskonałą porą na zwiedzanie wsi, a najlepiej kiedy w okolicy nie ma latarni.

Szłam więc przed siebie, a w głowie zaczęłam robić listę rzeczy do zrobienia, zakładając, że przeżyję i uda mi się wrócić do domu. Po pierwsze, kupić sobie rękawiczki. Po drugie, wymienić iPhone’a na jakiś uczciwy telefon. Po trzecie urwać jaja Gadziemu Ryjowi. Po czwarte powiedzieć Anecie, że o dupę rozbić te wszystkie delegacje…

I wtedy go zobaczyłam. Zza drzew wyłonił się domek, w którym paliły się światła. Nie ekscytowałam się jeszcze zbytnio, bo mogły to być halucynacje spowodowane hipotermią. Powoli zaczęłam iść w jego kierunku. 

Domek istniał. I drzwi były otwarte. Straciłam oddech, kiedy uderzyło mnie ciepło. Było tam coś co wyglądało jak recepcja i zaraz zbiegł jakiś przemiły pan, który powiedział, że tak to ten pensjonat. I wtedy rozpłakałam się na dobre.

*

Klienci, z którymi rozmawiałam o projekcie okazali się spoko ziomkami. Mimo, że na spotkanie przyszłam z podkrążonymi, spuchniętymi oczami, jąkałam się i gubiłam, oni zdawali się nie zwracać uwagi na to, że nie mam pojęcia co robię, a na każde pytanie odpowiadam ‘Już zapisuję, będziemy musieli to sprawdzić’.

Później zawieźli mnie do zakładu taboru kolejowego, żebym mogła ocenić jakieś rzeczy, których nie potrafiłam ocenić. Więc zaglądałam w różne miejsca pociągu i oceniałam. Tego dnia dowiedziałam się więcej o hamulcach niż przez następne półtorej roku pracy z Gadzim Ryjem (łał).

*

Człowiek to jednak jest głupi w swojej pierwszej pracy.

Nikt nie rodzi się ze umiejętnością projektowania hamulców, sterowania samolotu, ani grania w bierki. Nikt nie rodzi się również z umiejętnością chodzenia, jedzenia i załatwiania się w odpowiednie miejsce. Prawdopodobnie powinniśmy uczyć się tego z dokumentacji.

Studia inżynierskie nie robią z człowieka elektronika, mechanika i programisty w jednym. Z umiejętnością publicznego prezentowania ofert i negocjacji z klientami. Ani nabywania całej wiedzy świata z projektu, który zrobił ktoś inny spoglądając na niego przez dwa dni.

Jeszcze powinno być coś o zmuszaniu ludzi do kompromitowania się, co niby ma działać lepiej niż dawanie im wiedzy, wysyłaniu ich nocą do obcych krajów w pojedynkę, rezerwowaniu noclegów dwadzieścia kilometrów od miasta, bo za drogo…

No ale tłumacz to jaszczurce z zatwardzeniem.

kontrola domofonu

Trr trr. Trr trr. Trr trr.

Cholerny domofon.

Nie miałam szczęścia do domofonów. Kiedy byłam dzieciakiem rodzice zawsze kazali mi go odbierać. W końcu byłam najmłodsza. A później jak mój młodszy brat był najmłodszy to był za młody, żeby odbierać domofon, więc dalej robiłam to ja. 

I zawsze napatoczył się ktoś dziwaczny. Albo Jehowi, ględzący o końcu świata. Albo koledzy taty chcieli na niego poczekać i trzeba im było robić kawę i oglądać zdjęcia ich najzdolniejszych na świecie dzieci. Albo ktoś chciał pieniędzy za najnowszej generacji odkurzacz, który na domiar złego zamierzał mi w tej właśnie chwili zaprezentować. Albo ktoś chciał pieniędzy na chore dziecko. Albo ktoś po prostu chciał pieniędzy.

Raz oglądałam ‘Zawód: Gliniarz’, odcinek o gwałcicielach przebierających się za policjantów. I wtedy zadzwonił domofon i pod bramką stali policjanci. 

To był pierwszy raz kiedy nie odebrałam domofonu. Tak bardzo nie chciałam żeby mnie zauważyli, że najpierw poruszyłam firanką, a później uderzyłam słuchawką o okno. Oczywiście, żeby tego nie zobaczyć musieliby być ślepi, albo rozproszeni przez niedźwiedzia grizzly, więc dalej stali pod bramką i dzwonili. I dzwonili. I dzwonili. Aż przestali dzwonić i poszli. 

Wtedy z kolei pomyślałam, że to musieli być prawdziwi policjanci i za to, że ich nie wpuściłam na pewno zamkną mnie w poprawczaku. 

Trzeba było odebrać domofon.

Kiedy jednak mnie nie zamknęli, zamieszkałam sama i znowu odbierałam domofon. 

Jehowi chyba przenieśli się za mną, bo dalej świat nią miał się kończyć. Dalej ktoś tam czasem chciał pieniędzy. Koledzy taty na szczęście dalej przychodzili do taty. A policji nie było, ale czasem zjawiał się ksiądz po kolędzie, więc wcale nie lepiej.

A ja dalej odbierałam domofon. I raz zadzwoniła taka pani.

– Dzień dobry! Proszę mnie wpuścić! – krzyknęła przez słuchawkę.

Wrodzona uprzejmość kazała mi jej otworzyć. Pewnie to jakaś sąsiadka. Albo koleżanka sąsiadki. Ale pomyślałam sobie ‘Hola hola!’ Nie znam tej pani, równie dobrze może być złodziejem. Albo sprzedawcą odkurzaczy.

A, że strasznie nie lubiłam prezentacji, zapytałam:

– Dlaczego?

– To chyba oczywiste, bo wybrałam zły numer! Proszę NATYCHMIAST mnie wpuścić! – wykrzyczała oburzona.

– To proszę wybrać dobry – trzasnęłam słuchawką.

O nie, pomyślałam. Ostatni raz odebrałam domofon. W końcu znajomi zawsze się zapowiadali, kurierzy i dostawcy żarcia zawsze się zapowiadali, Jehowi i ksiądz po kolędzie niech sobie ględzą do kogoś innego, a resztę mam w dupie. 

Jeśli więc zadzwoni, będę udawać, że nic nie dzwoni.

Trr trr. Trr trr. Trr trr.

Zadrżały mi ręce. Nic nie dzwoni. 

Trr trr. Trr trr. Trr trr.

Pot spłynął mi po czole. Nic nie dzwoni. Nic nie dzwoni. NIC NIE DZWONI!

TRR TRR TRR!!!

– Halo? – powiedziałam do słuchawki.

– Dzień dobry – usłyszałam miły męski głos – Kontrola domofonu. Proszę wcisnąć przycisk numer jeden.

Otwieranie bramy? pomyślałam. No spoko. Jaki miły pan. Wcisnęłam przycisk numer jeden.

– Dziękuję. Proszę wcisnąć przycisk numer dwa.

Wzywanie windy? Okej. Czego ja właściwie się bałam? Wcisnęłam przycisk numer dwa.

– Dziękuję. Proszę wcisnąć przycisk główny.

Bez zastanowienia wcisnęłam przycisk otwierający klatkę. Słuchawką domofonu trzasnęła. Pot spłynął mi po czole. To chyba nie był sprzedawca odkurzaczy.

To był na naprawdę ostatni raz kiedy odebrałam domofon.

ten straszny pociąg z woodstocku

Przepraszam, tu jest wolne? – krzyknęłam w biegu.

Łysy chłopak bez zęba skinął głową. Cała zlana potem usiadłam na czerwone, pkp-owskie, skóropodobne siedzenie, do którego natychmiast się przylepiłam. Ludzie dalej szukali miejsc. A przy tym biegali w tę i z powrotem, przepychali się łokciami, wrzeszczeli, niektórzy nawet walecznie kąsali się po rękach. 

Dziesięć sekund później nie było już ani skrawka miejsca na siedzeniach (oprócz jednego, które zajmował wielką łapą łysy chłopak bez zęba), więc ludzie zaczęli bić się o te zajęte na korytarzu.

Konduktor dał znak do odjazdu. Łysy chłopak bez zęba krzyknął do ludzi okupujących przejście, żeby przepuścili jego kolegę, bo on ma dla niego miejsce. Ludzie okupujący przejście krzyknęli, że nigdzie nikogo nie puszczą, bo i tak się nie przepchnie.

Nie mieli racji – przepchnął się. Co prawda nadepnął na kilka rąk i obił glanami parę nosów, ale po chwili dumnie usiadł na przygotowanym dla niego miejscu naprzeciwko mnie. Kolega łysego chłopaka bez zęba miał długie włosy i również nie miał zęba.

Pociąg powoli toczył się po torach. Jakiś chłopak z peronu wrzasnął, że musi jechać tym pociągiem. Długowłosy chłopak bez zęba powiedział, żeby wskakiwał przez okno. Chłopak z peronu chwycił niską dziewczynę i wcisnął ją lufcikiem. Długowłosy chłopak bez zęba wciągnął ją do środka. Chłopak zaczął wspinać się sam. Ludzie w wagonie krzyczeli, żeby zamknąć okno, bo już nie ma miejsca, po czym weszły jeszcze trzy osoby. 

Ledwo wychwytywałam kończące się resztki tlenu. Wszystko było mokre, a w powietrzu unosił się zapach spoconego metala. Na czteroosobowych miejscach siedzieliśmy w dwanaście osób. Na oparciach, na kolanach, na głowach.

Ruszyliśmy na dobre. Chłodne powietrze uderzyło mnie w twarz. Odetchnęłam. Wszyscy we względnej ciszy łapaliśmy powietrze, robiąc zapas na postój na następnej stacji.

Długowłosy chłopak o twarzy Indianina, siedzący na plecaku tuż obok mnie chrząknął donośnie. Zwróciliśmy głowy w jego stronę, a on uśmiechnął się chytrze.

– Pewnie zastanawiacie się po co was tu zebrałem.

Jako, że nigdy tego nie wyjaśnił zastanawiam się do dzisiaj.

christian bale z siekierą

Zgasiłam światło i położyłam się do łóżka. Było miękkie, świeże i miało wyjątkowo silne właściwości magnetyczne. Obawiałam się, że ciężko będzie z niego wstać przed jedenastą. Wspaniale. Ziewnęłam leniwie i zamknęłam oczy. Moje mięśnie powoli rozluźniały się. Umysł zaczął dryfować w głąb samego siebie, nie mogąc zdecydować się czy tej nocy uratować świat przed wyjątkowo paskudnym psychopatą, który w łudzący sposób przypominał mojego szefa (ten typ na końcu ginie w bardzo powolny i niesympatyczny sposób, sorry za spojler) czy też może skupić się na lataniu.

Pik. Pik. Pik.

Usłyszałam pikanie przy drzwiach. Pikanie, jakby ktoś przykładał kartę magnetyczną nie do swoich drzwi. Pijany sąsiad, pomyślałam. Zaraz spostrzegnie, że to nie jego pokój i pójdzie. Albo ktoś go zabierze. Zamknęłam oczy.

Pik. Pik. Pik.

Otworzyłam oczy. Dobra chłopie, czekaj no tam. Postanowiłam wstać z cudownego, hotelowego łóżka (zrobiłam to z żalem) i powiedzieć mu parę słów. Albo wskazać inny pokój do pikania. Zbliżałam się już do drzwi, kiedy nagle moja skłonność do dramatyzowania, którą lubię nazywać kreatywnym tworzeniem i braniem pod uwagę wielu scenariuszy postanowiła się obudzić.

A jeśli to nie przypadkowy pijak? Jeśli to morderca? Albo gwałciciel. Albo co gorsza morderca – gwałciciel? Nie wiadomo co taki mógłby mi zrobić. To znaczy zasadniczo wiadomo, ale jakoś wolałam o tym nie myśleć. W przypadku mordercy – gwałciciela, chyba najgorsze co można zrobić to otworzyć drzwi. Był ponoć kiedyś taki jeden co właził i mordował tylko tam gdzie mu otwierali, bo inaczej nie czuł się zaproszony. Poza tym oglądałam kiedyś Scooby’ego – Doo. Tam zawsze otwierali drzwi, bo ‘musieli coś sprawdzić’ i raczej na dobre im to sprawdzanie nie wychodziło. Jakoś tam niby wychodzili z tego cało, ale ja nie mam ani takiego fajnego psa, ani Scooby – chrupek.

Otworzyłam drzwi. Przygaszone lampy oświetlały korytarz. Pusty. A niech to licho. Czyli to był duch mordercy – gwałciciela, a ja wpuściłam go do środka. Przybiłam sobie w myślach piątkę.

Starając się nie wpadać w panikę, zatrzasnęłam drzwi i szybko wskoczyłam do łóżka. Duch był przecież niematerialną istotą, co mógł mi zrobić? Co najwyżej nawiedzić. A czy takim nawiedzeniem można komuś zaszkodzić? Nie. Chyba nie. Nie wiem. Uspokoiłam się, nakryłam głowę kołdrą i zamknęłam oczy.

Coś za oknem trzasnęło. Coś na balkonie. Usiadłam i spojrzałam szybko w stronę okna. Zasłony nie były wystarczające szerokie, żeby zasłonić rząd okien w pokoju, dlatego jedno z nich lekko prześwitywało. To uchylone. Może ten trzask to nie na moim? Co z tego, skoro balkony na całym piętrze są połączone i oddzielone jedynie kwietnikami? Połączone balkony? Co to w ogóle za pomysł. Czy ktoś, kto projektował ten cholerny hotel nie wpadł na to, że mordercy też zatrzymują się w hotelach? Przyjedzie sobie taki, wynajmie pokój i będzie łaził balkonami i mordował. Nie zmrużę dzisiaj oka. Choć nie sądzę, żeby ten fakt przeszkodził mu w zamordowaniu mnie.

Coś trzasnęło raz jeszcze. Przerażona spojrzałam na pogrążony w mroku balkon. Tak, teraz byłam tego pewna. Na balkonie czaił się Christian Bale z siekierą. Polish psycho. Choć może nie tak przystojny.

Wstałam i spróbowałam znaleźć jakieś optymalne ułożenie zasłony, które pomoże mi nie widzieć tego, co dzieje się na zewnątrz. Nic z tego. Mogłam obserwować albo uchylone okno, albo ogromne okno balkonowe. Wybrałam pół tego pół tego.

Pik. Pik. Pik.

Wskoczyłam do łóżka i schowałam głowę pod poduszkę. Resztę ciała zawinęłam z kokon, dbając o to, żeby żadna stopa nie wystawała. Wiadomo na co łase są potwory mieszkające pod łóżkiem. Zacisnęłam powieki. To tylko lata oglądania Cold case i moja bujna wyobraźnia.

*

Obudziłam się rano w tej samej pozycji. Mięśnie pleców nie miały się najlepiej, tak samo kręgosłup. Była siódma rano. A tak strasznie chciałam spać do jedenastej! No nic, umyłam zęby, ubrałam się i poszłam na śniadanie.

Drzwi sąsiedniego pokoju były otwarte na oścież.

– Dobra panowie, możecie jechać – z pomieszczenia wyłonił się mężczyzna. Ciągnął nosze, na których leżał duży czarny worek. Za nim wyszedł drugi mężczyzna pchając nosze. Zupełnie nie zwrócili na mnie uwagi. Podeszłam bliżej i niepewnie zerknęłam przez otwarte drzwi. Trzeci mężczyzna kucał nad dywanem. Jedną ze ścian pokrywał krwisty bohomaz.

– Musiał dostać się przez balkon – trzeci mężczyzna zwrócił się do kogoś, kto najwyraźniej stał w głebi pokoju. Znowu spojrzał na dywan i zamyślił się – Ale żeby siekierą?