Kategoria: morderstwa

szaleństwo günthera

Nareszcie wiem! – wykrzyknął nagle Günther uderzając dłonią zaciśniętą w pięść o stół. Jego żona podskoczyła na krześle. Kawałek pieczeni, który przed chwilą nadziała na widelec spadł z powrotem na talerz.

– Więc może wreszcie mi powiesz – odrzekła, nie ukrywając irytacji. Od kilku tygodni Günther zachowywał się dziwnie. Cały czas mówił o ścigających go i próbujących zabić ‘ich’, jednak jakoś nie kwapił się z wyjaśnieniem kim byli ‘oni’. O niczym innym nie chciał rozmawiać. Brigit miała tego dość.

Günther nie zwrócił na nią uwagi. Zachowywał się jak w malignie. Napisał kilka słów na strzępku papieru. Nie wydawał się jednak zadowolony z tego co napisał. Pokręcił głową, przekreślił notatkę i wyrzucił ją do śmietnika. Chwycił płaszcz wiszący na krześle i wybiegł z domu.

Brigit wyjęła wrzucony do kosza na śmieci świstek. Do reszty sfiksował, pomyślała.

Przekreślony napis na kartce głosił ‘YOG’TZE’.

przekreślona notatka.

Günther Stoll bezrobotny technik żywienia z Anzhausen od kilku tygodni nie był sobą. Był nerwowy i rozkojarzony, a przede wszystkim twierdził jakoby mieli śledzić go tajemniczy mężczyźni. Jego żona Brigit z początku martwiła się jego stanem zdrowia, być może nawet wierzyła rzekome prześladowania. Lekarze jednak orzekli niegroźną paranoję, a mgliste opowieści o tajemniczych mężczyznach prześladujących jej męża zaczynały ją powoli nużyć. Günther powinien lepiej zająć się szukaniem pracy, tak uważała.

Dochodziła godzina 23, 25 października 1984 roku. Günther i Brigit siedzieli przy stole w kuchni jedząc kolację. Günther jak zwykle ostatnio był zamyślony, ale Brigit cieszyła się, że przynajmniej odzyskał apetyt. Jej radość nie potrwała jednak długo. Mężczyzna poderwał się z krzesła z okrzykiem ‘Nareszcie wiem!’ (‘Jetzt geht mir ein Licht auf!’), na skrawku papieru napisał ciąg znaków ‘YOG’TZE’, po czym zdenerwowany przekreślił je, wyrzucił notatkę do śmietnika i wybiegł z domu.

Günther ruszył w stronę swojego ulubionego baru ‘The Papillon’ w Wilnsdorf, oddalonego półtorej kilometra od jego domu w Anzhausen, w Nadnerni Północnej – Westfalii, w RFN.

– Cześć Günther, jak leci? – zapytał barman i widząc zdenerwowanie na twarzy mężczyzny dodał – Żonka znowu dała popalić? – roześmiał się serdecznie.

– Cześć. Lej to co zwykle – pokręcił głową Günther. Nie miał dzisiaj czasu na pogaduchy.

– Się robi.

Przed Güntherem pojawił się kufel piwa. Zanim mężczyzna zdążył wypić chociaż łyk, stracił przytomność i upadł bezwładnie na podłogę. Ludzie siedzący w barze zebrali się wokół niego. Jeden z mężczyzn spróbował go ocucić. Podniósł go na nogi. Günther miał poranioną twarz, stróżka krwi spływała mu z brwi. Złapał się za czoło i oparł o jedno z krzeseł, wciągając głośno powietrze. Barman nalał mu kieliszek Schnappsa, który Günther szybko wypił i pospiesznym krokiem wyszedł z baru. Nie odezwał się ani słowem. Piwo pozostało na ladzie, nietknięte.

Nie wiadomo co Günther robił przez kolejne dwie godziny. Około 1 w nocy pojawił się w Haigerseelback. Było to jego rodzinne miasteczko, oddalone o jakieś 100 kilometrów od Anzhauzen. Zadudnił w drzwi domu swojej sąsiadki z dzieciństwa, Erny Hellfritz. Kilka minut później przestraszona kobieta w szlafroku uchyliła okno.

przewidział swój los?

– Stało się coś strasznego… przydarzył się koszmarny wypadek… – jęknął roztrzęsionym głosem Günther. Nie wyglądał na rannego, bardziej na strasznie zdenerwowanego. Erna nie chciała go wpuszczać do domu. Było bardzo późno, ona była sama, a mężczyzna zachowywał się co najmniej podejrzanie.

– Bardzo mi przykro Günther, może idź do swoich rodziców, oni ci pomogą – odrzekła. Jego rodzice mieszkali dom dalej, naprawdę nie rozumiała dlaczego przyszedł właśnie do niej.

Günther stwierdził jednak, że rodzice nie zrozumieją jego obaw. Erna zaproponowała powrót do żony.

– Tak zrobię – powiedział zrezygnowany i ruszył w stronę swojego niebieskiego VW Golfa I – Okropne rzeczy wydarzą się dzisiaj w nocy – dodał jeszcze przez ramię i wsiadł do auta. Zamiast wrócić do Brigit zniknął na kolejne dwie godziny.

Około 3 w nocy dwóch kierowców ciężarówek Holger Meffert i Georg Konzler odnalazło pogruchotany samochód Stolla leżący w rowie przy drodze prowadzącej do A45, niedaleko zjazdu Hagen – Süd. Koło samochodu przemknął mężczyzna w białej kurtce, jednak zanim zdążyli zareagować zniknął w ciemnościach. Hogler zadzwonił na policję, a Georg postanowił zajrzeć do auta. Znalazł tam Günthera, nagiego i całego we krwi. Mężczyzna siedział na fotelu pasażera. Był przytomny. Zdołał wykrztusić, że było z nim czterech mężczyzn, którzy zdążyli już uciec. Na pytanie czy byli to jego przyjaciele, zaprzeczył. Nie zdążył wyjaśnić nic więcej – zmarł w drodze do szpitala.

morderstwo czy przypadek?

Śledczy ustalili, że Stoll musiał zostać potrącony w innym miejscu i przez inny samochód samemu nie znajdując się w pojeździe. W momencie wypadku musiał też być nagi. Po wszystkim ktoś przetransportował go wraz z samochodem na drogę A45. Inni, zeznający niezależnie kierowcy zeznali, że mniej – więcej o tej porze widzieli autostopowicza przy Hagen – Süd. Autostopowicz, mężczyzna w białej kurtce, ani miejsce wypadku nie zostały nigdy zidentyfikowane.

Istnieje teza mówiąca, że podczas swoich podróży do Holandii Günther Stoll mógł nawiązać kontakt z dilerami narkotykowymi i to przyczyniło się do jego śmierci. Zjazd Hagen – Süd był popularnym miejscem spotkań dilerów i ich klientów w latach 80. i 90. Powiązanie to nie zostało jednak nigdy poparte żadnymi dowodami.

Ciąg znaków ‘YOG’TZE’ również nie został rozszyfrowany. Oryginalna notatka Günthera przepadła i została odtworzona przez jego żonę podczas śledztwa. Nie ma więc pewności, czy to właśnie dokładnie taki ciąg liter znajdował się na kartce. Litera ‘O’ mogła być zerem, ‘Z’ dwójką, a ‘G’ szóstką.

Niektórzy spekulują, że Günther mógł spisać radiowy znak wywoławczy Rumunii ‘TO6TZE’, nie wiadomo jednak jaki miałby być motyw takiego działania.

Trzy ostatnie litery ‘TZE’ mogą być odwołaniem do dodatku smakowego do jogurtów, co może potwierdzać początek ‘YOG’. Podejrzewa się, że Günther jako technik żywienia, mógł odkryć jakiś przekręt w firmie, w której pracował, lub być zaangażowany w tajny projekt, którego ujawnienie mogłoby kosztować jego pracodawcę zbyt wiele. Jednak jeśli rzeczywiście mężczyzna miał zostać uciszony, dlaczego pozostawiono go przy życiu?

Możliwe również, że tak jak mówili lekarze, Günther miał atak paranoi, niestety poważniejszy niż mogłoby się wydawać z początku. Poprzedzające jego śmierć zachowania mogłby być objawami schizofrenii lub manii prześladowczej. Günther w ucieczce przed tajemniczymi prześladowcami szukał pomocy u osoby, którą znał z dzieciństwa i czuł, że może zaufać – Erny. Nie dostając jej i doznając halucynacji mógł rozebrać się do naga i wyjść na ulicę. Niezauważony w ciemności mógł przypadkiem zostać potrącony, a sprawcy w panice nieudolnie upozorowali wypadek. Günther mógł sam wystawić się na niebezpieczeństwo, a niewyjaśniona notatka mogła być w sprawie nieistotna.

Nie zmienia to jednak faktu, że wydarzenia te bardzo ciężko uznać za niefortunny zbieg okoliczności, a sprawa YOGTZE do dzisiaj pozostaje jednym z najbardziej tajemniczych morderstw na świecie.

spalona żywcem

Gdzie jest Joey?! – warknął jeden z nich, nie siląc się na powitanie. Tracey wystraszyła się i spróbowała zamknąć drzwi, jednak mężczyzna szybko włożył stopę pomiędzy drzwi i framugę – Pytam grzecznie, gdzie do kurwy nędzy jest Joey?!

– Ja… – zadygotała przerażona Tracey – Ja nie rozumiem… – wydawało jej się, że mówią w jakimś obcym języku.

podróż do domu.

Tracey Mertens była trzydziestojednoletnią matką dwójki dzieci – jedenastoletniej Kelly i dwunastoletniego Davida. Od niedawna zamieszkiwała Rochdale wraz ze swoim partnerem Joey’em. Ona i Joey poznali się w wieku szesnastu lat i od tej pory schodzili się i rozchodzili. Powodem takiego stanu rzeczy był fakt, że Joey zmagał się z uzależnieniem od narkotyków, a ponadto miał wiele długów zaciągniętych u mniej lub bardziej szemranych ludzi.

22 grudnia 1994 Tracey postanowiła wybrać się do Birmingham, do Cattels Grove. Było to jej wcześniejsze miejsce zamieszkania. Będąc w nowym domu w Rochdale zorientowała się, że zostawiła tam swoją książeczkę zasiłkową. Książeczka była jej szalenie potrzebna, szczególnie, że ani ona, ani Joey nie mieli pracy.

Kobieta zamierzała wrócić do domu tego samego dnia, jednak jej szwagierka przekonała ją, aby została u niej na noc. Bardzo lubiła Tracey, i tak dawno nie miały okazji porozmawiać. Kobieta więc została.

porwanie.

23 grudnia 1994 roku w Cattels Grove ktoś zapukał do drzwi dawnego domu Tracey. Kobieta krzątała się akurat po kuchni, więc krzyknęła do szwagierki, że otworzy drzwi.

U progu zobaczyła dwóch ciemnoskórych, strasznie wkurzonych mężczyzn.

– Gdzie jest Joey?! – warknął jeden z nich, nie siląc się na powitanie. Tracey wystraszyła się i spróbowała zamknąć drzwi, jednak mężczyzna szybko włożył stopę pomiędzy drzwi i framugę – Pytam grzecznie, gdzie do kurwy nędzy jest Joey?!

– Ja… – zadygotała przerażona Tracey – Ja nie rozumiem… – wydawało jej się, że mówią w jakimś obcym języku.

– Zaraz nam wszystko wyśpiewasz mała dziwko – mężczyźni chwycili ją, zanim zdołała krzyknąć o pomoc, zawiązali jej opaskę na oczy, zakneblowali usta i wrzucili do bagażnika żółtego Forda Escorta.

Pojechali do Cheshire i nie mogąc nic z niej wyciągnąć polali benzyną i podpalili pod kościołem Chrystusa w Eaton. Po wszystkim odeszli, pozostawiając kobietę na pewną śmierć.Tracey płonęła na trawniku wyjąc z bólu. Jeden z pracowników kościoła zadzwonił na policję i pogotowie, po czym podbiegł do kobiety próbując ugasić płomienie własną kurtką.

Kiedy policja i pogotowie przyjechali na miejsce zdarzenia, ciało Tracey było w 95% poparzone. Kobieta jednak wciąż żyła i była przytomna.

– Było ich dwóch – jęknęła. Widać było, że wypowiedzeniu każdego słowa towarzyszy jej ból – Czarni… trzydzieści lat. Mówili… Mówili jakimś dziwnym językiem, nie wiem… Grubi…

Nieopodal miejsca zdarzenia policja znalazła porzucony kanister po benzynie. Stwierdzili również, że język którym mówili porywacze był najprawdopodobniej jednym z jamajskich dialektów o nazwie Patois.

– To co spotkało Tracey, było bestialskie i przerażające – powiedział detektyw inspektor Gary McIntyre z policji w Cheshire – Była bardzo dzielna. Do ostatniej chwili walczyła i chciała dać nam jak najwięcej szczegółów.

Tracey Mertens zmarła dwanaście godzin po swoim odnalezieniu. Od dwudziestu – sześciu lat nikogo nie postawiono w stan oskarżenia w związku ze sprawą.

kiedy dzwoni zaginiona

Hey Chrissy! – powiedziała Frauke do słuchawki – U mnie wszystko dobrze.

– Gdzie jesteś? – zapytał zmartwiony Chris.

– Nie mogę powiedzieć – odrzekła dziewczyna. Jej głos posmutniał.

– Wróć do domu – poprosił ją chłopak.

– Nie, nie da rady – westchnęła Frauke. Tak bardzo chciała wrócić do domu.

rozładowany telefon.

Latem 2006 w Niemczech odbywały się XVIII Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej, nic więc dziwnego, że cały kraj pogrążony był w piłkarskiej gorączce. Przez wiele dni nie mówiono o niczym innym, a puby pękały w szwach.

20 czerwca w Paderborn, mieście położonym w zachodniej części Niemiec, dwudziesto-jedno letnia studentka pielęgniarstwa Frauke Liebs spotkała się z przyjaciółmi w Irish pubie Auld Triangle. Tego wieczoru Szwecja grała przeciwko Anglii.

Dzień Frauke był zupełnie zwyczajny. Rano poszła na zajęcia, później umówiła się na obiad ze swoją mamą i Chrisem. Tak, Chris – rozstali się już jakiś rok temu, ale ciągle byli przyjaciółmi. Co więcej, idąc na studia postanowili wspólnie wynająć mieszkanie. W końcu lepiej mieszkać z kimś znajomym, nigdy nie wiadomo na kogo w dzisiejszych czasach można trafić.

Chris obiecał, że ten wieczór spędzi na nauce, dlatego odmówił, kiedy Frauke zaproponowała mu wspólne wyjście. Po skończonym posiłku mama Frauke podrzuciła dziewczynę pod Auld Triangle, a później Chrisa do mieszkania na Borchener Straße, które dzielił z jej córką. Chłopak już miał wysiąść z samochodu, kiedy spostrzegł że zapomniał kluczy. Wrócili więc pod pub.

Frauke poczuła dotyk czyjejś dłoni na ramieniu.

– O, Chris! – ucieszyła się – Jednak zmieniłeś zdanie?

– Nie… Serio muszę się dzisiaj uczyć. Zapomniałem kluczy, weź daj mi swoje. Wpuszczę cię w nocy do domu.

– Jasne, nie ma sprawy. Nie wrócę późno – zapewniła dziewczyna.

– Poczekam – powiedział Chris i wrócił do czekającej na niego w samochodzie mamy Frauke.

Niedługo później zaczął się mecz. Prawdę mówiąc dziewczyna chciała napić się piwa i spotkać z przyjaciółmi – nie była szczególnie zainteresowana piłką nożną. Większość wieczoru pisała SMSy do znajomych, aż w końcu rozładował jej się telefon. Na szczęście jeden z kolegów pożyczył jej swój, inaczej chyba musiałaby pójść wcześniej do domu. Wszyscy byli tak zajęci oglądaniem.

Około godziny 23 Frauke oddała pożyczony telefon i samotnie ruszyła w kierunku swojego mieszkania. W kieszeni miała tylko 5 Euro, więc nie mogła wezwać taksówki, na szczęście nie mieszkała daleko. Od Auld Triangle do Borchener Straße było tylko 1.3 kilometra. Piechotą doszłaby w jakieś trzydzieści minut.

‚wrócę trochę później.’

O godzinie 00:49 Chrisa obudził dźwięk SMSa. Wiadomość pochodziła od Frauke: ‘Wrócę trochę później. Mecz z Anglią był strasznie nudny : ) Kocham cię, do zobaczenia’. Później sprawdzono, że wiadomość została nadana z Neihein, obszaru znajdującego się około 38 kilometrów od Paderborn.

Następnego dnia dziewczyna nie pojawiła się na zajęciach. Znajomi próbowali się do niej dodzwonić, jednak miała wyłączony telefon. Takie zachowanie nie było do niej podobne, ponadto nie wypiła przecież wczoraj tak dużo. Po wielu nieudanych próbach kontaktu z koleżanką, ktoś w końcu zadzwonił do jej mamy i Chrisa.

Frauke nie pojawiła się tego dnia w mieszkaniu. Jej mama natychmiast zawiadomiła policję, jednak jej zgłoszenie nie zostało przyjęte. Frauke była dorosła, poprzedniego wieczoru wyszła się rozerwać, pewnie wypiła za dużo i śpi teraz u kogoś znajomego. Nie ma sensu wszczynać alarmu, dziewczyna na pewno niedługo się odezwie.

telefony od zaginionej.

I rzeczywiście.

22 czerwca o godzinie 22:25 Frauke zadzwoniła do Chrisa.

– Hej Christos. Dzwonię, żeby ci powiedzieć, że u mnie wszystko dobrze – powiedziała nieco zaspanym głosem.

Chris zdziwił się. Co prawda było to jego pełne imię, jednak Frauke nigdy tak do niego nie mówiła.

– Hej, gdzie jesteś? – zapytał – Kiedy wracasz do domu?

– Proszę, powiedz mamie i tacie, że u mnie wszystko dobrze – odrzekła tylko i odłożyła słuchawkę.

Połączenie pochodziło z okolic Paderborn.

23 czerwca o godzinie 23:04 Chris otrzymał SMSa: ‘Dzisiaj wracam do domu. Jestem w Paderborn. Kocham cię’.

Wiadomość rzeczywiście znów pochodziła z okolic Paderborn. Frank, starszy brat Frauke był razem z Chrisem w mieszkaniu. Od razu zadzwonił do siostry. Dziewczyna odebrała.

– Gdzie jesteś? Co robisz? Kiedy wracasz? – zapytał szybko w obawie, że połączenie lada moment zostanie zerwane.

– Już wracam, nie będę późno. Jestem w Paderborn. Nie pytaj o nic, już wracam do domu – dziewczyna wydawała się zmęczona. Odłożyła słuchawkę.

24 czerwca o godzinie 14:22 Frauke zadzwoniła znowu do Chrisa.

– Wracam dzisiaj wieczorem, jestem w Paderborn – powiedziała dziewczyna tym samym zrezygnowanym głosem.

– Coś ci się stało? – zapytał Chris.

– Nie – ucięła Frauke i rozłączyła się.

25 czerwca o godzinie 22:28 Chris odebrał kolejny telefon od Frauke.

– Wracam dzisiaj – powiedziała słabo do słuchawki.

– Coś ci grozi? – wszedł jej w słowo Chris.

– Nie.

– Ktoś jest z tobą?

– Powiem ci później.

Policja wciąż nie chciała przyjąć zgłoszenia. Funkcjonariusze uspokajali rodziców – przecież mają ciągły kontakt z córką, dziewczyna dzwoni codziennie. Jest dorosła, pewnie chciała odpocząć, wyjechała… Na pewno nic złego jej się nie dzieje i niedługo wróci.

26 czerwca Frauke nie zadzwoniła wcale.

pożegnanie.

27 czerwca wieczorem Chris, siostra Frauke, Karen i jej rodzice czekali w mieszkaniu przy Borchener Straße, niecierpliwie czekając na telefon od zaginionej dziewczyny. Było już jednak dość późno, więc wykończeni całą sytuacją rodzice dali za wygraną i wrócili do domu.

O 23:29 zadzwonił telefon.

– Hey Chrissy! – powiedziała Frauke do słuchawki – U mnie wszystko dobrze.

– Gdzie jesteś? – zapytał Chris.

– Nie mogę powiedzieć – odrzekła dziewczyna. Jej głos posmutniał.

– Wróć do domu – poprosił ją chłopak.

– Nie, nie da rady.

– Dlaczego nie?

– Nie mogę powiedzieć.

– Ktoś cię uwięził?

Frauke westchnęła cicho do słuchawki.

– Tak… Nie! Nie! – krzyknęła szybko.

Chris i Karen spojrzeli po sobie niespokojnie.

– Boisz się?

– Nie.

– Ktoś jest z tobą?

– Nie mogę powiedzieć.

– Jesteś zmęczona? Brzmisz jakbyś była zmęczona – zapytał zmartwiony. Głos Frauke brzmiał jakby dziewczyna była nieobecna.

– Tak, bardzo zmęczona.

– Wiesz, że policja cię szuka?

– Wiem. Od tygodnia nie ma mnie w domu.

– Poznałaś jakiegoś innego chłopaka? – zaryzykował Chris.

– Wiesz, że nigdy nie uciekłabym z domu na tydzień dla jakiegoś chłopaka. Przecież mnie znasz.

– Karen jest ze mną. Wszyscy się martwimy.

– Mama i tata też są? – zapytała Frauke z nadzieją w głosie.

– Nie, już poszli.

– Powiedz im, że bardzo ich kocham.

– Kiedy wracasz?

– Nie wiem.

– Dlaczego nie wróciłaś? Mówiłaś, że wrócisz.

– Wyjaśnię ci później.

– Odebrać cię skądś?

– Nie, nie da rady.

– Możemy się gdzieś spotkać?

– Nie da rady.

– Gdzie jesteś?

– Mama.

– Gdzie jesteś?

– Mama.

– Gdzie jesteś?

– Mama.

– Kiedy znowu zadzwonisz?

– Nie wiem.

– Dzwoń przynajmniej raz dziennie.

– Przecież dzwonię.

– Było mi bardzo przykro, że wczoraj nie zadzwoniłaś.

– Tak, wiem że było ci przykro. Daj mi Karen, proszę.

Chris przekazał słuchawkę Karen. Dziewczyna i tak słyszała całą rozmowę, jednak teraz na chwilę miała wrażenie, że jest bliżej siostry.

– Boisz się wrócić do domu? – zapytała.

– Nie.

– Posprzątaliśmy twoje mieszkanie. Nikt nie będzie pytał co się z tobą działo. Wróć.

– Nie da rady, cały czas żyję! – powiedziała Frauke rozpaczliwym tonem.

– Jesteś z jedną osobą, czy jest was więcej?

– Proszę, nie pytaj mnie o nic… Chciałabym być z tobą. Chciałabym wrócić do domu.

– Dzwoń przynajmniej raz dziennie! – krzyknął Chris do słuchawki.

– Tak zrobię. Ciao! Do później – pożegnała się Frauke i w słuchawce zabrzmiał sygnał przerwanego połączenia.

telefon milczy.

Karen wybuchnęła płaczem. Czuła, że siostra właśnie się z nimi pożegnała. Mama Frauke była przerażona. W rozmowie córka trzy razy ją wołała, a jej przy tym nie było. Policja po raz kolejny odmówiła przyjęcia zgłoszenia.

Od tej rozmowy telefon dziewczyny milczał.

Policja w końcu skontaktowała się z Ingrid Liebs, 4 października. Szkielet Frauke Liebs został znaleziony nieopodal drogi stanowej obok Lichtenau – 17 kilometrów od Paderborn. Na zwłokach znajdowały się ubrania, które dziewczyna miała na sobie w dniu zaginięcia. Nie znaleziono jej telefonu, torebki, zegarka, ani portfela. Podejrzewano, że mogła zostać uduszona, jednak z uwagi na zaawansowany rozkład ciała, nie dało się tego potwierdzić z całą pewnością. W pobliżu nie było żadnych śladów, mogących prowadzić do potencjalnego zabójcy.

Policja przesłuchała 900 osób powiązanych z ofiarą, a spośród nich wyłoniła pięcioro podejrzanych. Wszyscy zostali szybko wykluczeni po przedstawieniu alibi.

Sprawa została umorzona.

sprawcy ujęci?

W roku 2017, w Höxter znajdującym się 22 kilometry od Nieheim aresztowano Wilfrieda W. i jego byłą żonę Angelikę B. Zostali oni oskarżeni o uprowadzenie i zamordowanie kobiety, poznanej przez Wilfrieda przez ogłoszenie w gazecie. Para przetrzymywała ofiarę w swoim domu przez dwa miesiące. Torturowana, zmarła przez zakrzep, który wytworzył się jej w mózgu. Oprawcy postanowili odwieźć ją do mieszkania jej własnym samochodem. Pech chciał, że w drodze auto się popsuło. W braku innego pomysłu, wezwali pogotowie.

Na początku Angelika potwierdziła, że wraz z Wilfriedem zabili dwie kobiety. Wraz z upływem czasu ofiar stawało się coraz więcej. Ich prawdziwa liczba do dziś jest nieznana.

Śledztwo wykazało, że w czasie, kiedy Frauke Liebs jeszcze żyła telefon Wilfrieda logował się w miejscach, z których dzwoniła i wysyłała wiadomości. Policja przyznała, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że to właśnie Wilfried i Angelika stoją za uprowadzeniem i morderstwem Frauke. Nigdy jednak nie znaleziono żadnych dowodów mogących to potwierdzić.

Sprawa Frauke Liebs do dzisiaj pozostaje oficjalnie nierozwiązana.

człowiek z somerton

Lily spojrzała na bezwładne ciało mężczyzny leżące kilkanaście metrów dalej na plaży. Był ubrany w garnitur, a zachodzące słońce odbijało się od jego perfekcyjnie wypolerowanych lakierów. Dziwny strój jak na plażę, pomyślała. Poruszył ręką, chcąc sięgnąć po tlący się w jego ustach niedopałek papierosa. A może, żeby odgonić chmarę komarów latających wokół jego twarzy?

– Jeśli temu gościowi to nie przeszkadza – szepnął do niej Alan, myśląc o tym samym – To musi być naprawdę zalany w trupa – zachichotał.

W tamtym momencie nie miał pojęcia jak niewiele minął się z prawdą.

ciało na plaży.

Ciepłego listopadowego wieczora w Australii jubiler John Bain Lyons przechadzał się wraz z żoną nad brzegiem morza. Oboje ujrzeli dobrze ubranego człowieka, leżącego na piasku.

– Znowu jakiś pijak – rzekł John do swojej żony i pokręcił głową. Sam również lubił się napić, ale żeby doprowadzić się do takiego stanu? To już była lekka przesada.

Jakiś czas później para zawróciła i ruszyła w kierunku domu.

Pół godziny później na mężczyznę natknęli się Lily i Alan. 

Lily spojrzała na bezwładne ciało mężczyzny leżące kilkanaście metrów dalej na plaży. Był ubrany w garnitur, a zachodzące słońce odbijało się od jego perfekcyjnie wypolerowanych lakierków. Dziwny strój jak na plażę, pomyślała. Poruszył ręką, chcąc sięgnąć po tlący się w jego ustach niedopałek papierosa. A może, żeby odgonić chmarę komarów latających wokół jego twarzy?

– Jeśli temu gościowi to nie przeszkadza – szepnął do niej Alan, jakby myśląc o tym samym – To musi być naprawdę zalany w trupa – zachichotał.

Następnego ranka 1 grudnia 1948 jubiler John Lyons wracał do domu z porannego pływania. To dziwne, pomyślał widząc tego samego człowieka, co wczoraj w identycznej wręcz pozie. Podszedł trochę bliżej, chcąc sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.

Nie było. Usta mężczyzny pokrywała biała wydzielina, a niedopałek papierosa wciąż zwisał mu z ust. Był martwy. John Lyons natychmiast wezwał policję i pogotowie.

Trzy godziny później ciało zostało przewiezione do szpitala Royal w Adelaide. Pierwszy zbadał je pobieżnie Dr John Barkley Bennett. Określił godzinę zgonu na drugą w nocy, a przyczynę jako zatrzymanie akcji serca. Stwierdził też, że mężczyzna prawdopodobnie został otruty.

Śledczy sprawdzili ubrania zmarłego. Żadne z nich nie miało metki, jedyną charakterystyczną rzeczą była zszyta pomarańczową nicią tylna kieszeń spodni. W kieszeniach znaleźli bilet z Adelaide na plażę w Somerton, gumy do żucia, paczkę papierosów Army Club, zawierającą siedem papierosów innej, bardziej ekskluzywnej marki Kensitas oraz pudełko zapałek marki Bryant & May. Nigdzie przy ciele nie było portfela, ani dokumentu tożsamości, na tę chwilę, nie mogli więc zidentyfikować ofiary. Co zastanawiające, zmarły nie miał przy sobie kapelusza, który w latach czterdziestych był absolutnym wymogiem.

Dzień później policjanci dostali raport z autopsji. Źrenice mężczyzny były nienaturalnie pomniejszone, a na ustach była widoczna wydzielina, której prawdopodobnie nie mógł przełknąć. Jego śledziona była twarda i trzykrotnie powiększona, a w wątrobie znaleziono krew.

Patolog John Dwyer stwierdził, że ostatnim posiłkiem mężczyzny był pasztecik, a w żołądku znajdowała się też krew. To ostatnie znów sugerowało otrucie. Nie udało mu się jednak znaleźć żadnego śladu po truciźnie, można więc było zakładać, że substancja ta była albo zupełnie niepopularna, albo rozkładała się na tyle szybko, że zdążyła już zniknąć z organizmu mężczyzny.

Zmarły miał między 40, a 45 lat i jak na swój wiek był w doskonałej kondycji fizycznej. Jego rysy patolog określił na ‘brytyjskie’, a wzrost na 180 centymetrów. Miał szare oczy i rudawe włosy. Jego nogi wyglądały wręcz atletycznie. Jego stopy miały dziwny, lekko zdeformowany kształt charakterystyczny dla tancerzy baletowych.

Śledczy zrobili odciski linii papilarnych wszystkich jego palców i wraz z fotografią rozesłali do australijskich komisariatów policji, a następnie do innych angielskojęzycznych krajów. Niestety, nikt nie rozpoznał mężczyzny.

12 stycznia znaleziono walizkę, którą zmarły umieścił w poczekalni kolejowej 30 listopada. Pracownicy niestety nie zapamiętali nic szczególnego odnośnie właściciela. W środku zaleziono pomarańczową nić – taką samą jaką zszyta była tylna kieszeń spodni mężczyzny oraz trochę ubrań również bez metek z wyszytym nazwiskiem ‘Kean’ lub ‘T. Kean’. Był tam również plik kwitów używanych na statkach do rejestrowania ładunków, nóż stołowy z ostrzem ściętym do połowy oraz płaszcz szyty ściegiem nieznanym w Australii, jednak bardzo popularnym w Ameryce.

tamam shud.

Ciało zostało zbadane jeszcze przez jednego eksperta – emerytowanego profesora patologii na Uniwersytecie w Adelaide. Dopiero jemu udało się znaleźć małą, sekretną kieszonkę w spodniach, w której ukryty był skrawek wyrwanej z książki kartki z napisem ‘Tamam Shud’.

Frank Kennedy, dziennikarz śledczy rozpoznał słowa i zasugerował, że mogą one pochodzić z dwunastowiecznego tomiku poezji Omara Khayyama o nazwie ‘Rubaiyat’. Słowa te oznaczały ‘To koniec’.

Wszystkie znaleziska były na bieżąco publikowane w lokalnych gazetach, z nadzieją, że zjawi się ktoś, kto będzie w stanie rzucić na nie trochę światła.

W lipcu na komisariat policji wszedł mężczyzna z tomikiem poezji ‘Rubaiyat’ pod pachą.

– Jakoś w listopadzie odwiedzałem szwagra – powiedział podekscytowanym głosem – Zaparkowałem auto koło plaży w Somerton. Był ukrop jakich mało, więc zostawiłem otwarte szyby. I znalazłem to – wskazał na książkę, która leżała na stoliku – Myślałem, że to szwagier podrzucił mi ją dla zabawy. On robi czasem takie dziwne rzeczy. Ale kiedy zobaczyłem ten artykuł w gazecie… Jest wyrwana strona, proszę spojrzeć!

I rzeczywiście, sterczące fragmenty papieru z ostatniej strony idealnie pasowały do wycinka znalezionego przy zwłokach. Ponadto na okładce książki widniały dwa numery telefonu, jeden lokalny i jeden, którego nie udało się zidentyfikować, i kilka wydawać by się mogło przypadkowych liter w kilku rzędach, najpewniej zakodowana informacja.

Dzięki lokalnemu numerowi telefonu policjanci dotarli do mieszkającej nieopodal pielęgniarki o imieniu Jo Thomson – wtedy z uwagi na ochronę jej prywatności nadano jej pseudonim Jestyn. Jo przyznała, że zna tomik poezji, kiedyś podarowała taki poznanemu podczas wojny żołnierzowi o imieniu Alfred Boxall.

Nareszcie. Śledczy byli przekonani, że udało im się zidentyfikować mężczyznę. Jednak okazało się, że Alfred Boxall jest cały i zdrowy i wciąż posiada tomik poezji ‘Rubaiyat’, wraz z dedykacją od Jestyn na pierwszej stronie.

Jo Thomson zaprzeczyła jakoby kiedykolwiek znała mężczyznę podobnego do tego znalezionego na plaży. Kiedy pokazano jej gliniany odlew jego twarzy, kobieta zemdlała. Nigdy nie zmieniła jednak swojej wersji.

Bardzo popularną teorią było to, że niezidentyfikowany mężczyzna był szpiegiem, w końcu jego śmierć nastąpiła tuż przed rozpoczęciem Zimnej Wojny. Wiele osób argumentowało to tym, że plaża w Somerton znajdowała się tuż obok centrum australijskiego wywiadu. Tłumaczyłoby to również brak dokumentów i poodcinane od ubrań metki – ten człowiek nie chciał być zidentyfikowany.

W roku 1959 pojawił się świadek, który twierdził, że w noc poprzedzającą znalezienie ciała, wraz z trzema kolegami widział mężczyznę niesionego przez kogoś wzdłuż plaży w Somerton.

Przez lata sprawa pozostawała nierozwiązana.

nieślubne dziecko?

W 2007 roku Derek Abbott, profesor na Uniwersytecie w Adelaide postanowił znów przejrzeć wszystkie zgromadzone tropy. Na ich podstawie wysnuł swoją teorię.

Według niego Jo Thomson miała nieślubne dziecko z mężczyzną z Somerton (jak przez brak identyfikacji określa się znalezionego na plaży mężczyznę). To wyjaśniałoby dlaczego zaprzeczała, jakoby kiedykolwiek go znała. Abbott dotarł do starej fotografii Robina, syna Thomson i zauważył, że oboje mają tak samo ułożony kły w zgryzie i identyczne górne części uszu. Obie te cechy są dziedziczone i występują jedynie u 1% populacji na świecie.

W ten sposób Abbott poznał Rachel Egan – wnuczkę Jo Thomson.

– Chciał popatrzeć na moje uszy i zęby. Poprosił też o próbkę DNA – wspominała Rachel – Była to jedyna taka prośba od mężczyzny w moim życiu.

Abbott i Egan pobrali się. Jeśli przeczucia profesora są prawdą, trójka dzieci które mają są prawnukami mężczyzny z Somerton.

Abbott wciąż czeka na ekshumację zwłok i pozwolenie na porównanie DNA.

W 2009 roku eksperci doszli do wniosku, że litery znalezione w tomiku poezji nie są przypadkowe i z całą pewnością jest to szyfr. Niestety kodu z okładki ‘Rubaiyat’ nigdy nie udało się złamać.

i znowu Rubaiyat.

Wiele osób twierdzi, że sprawa mężczyzny z Somerton wiąże się z dwoma innymi zdarzeniami. Pół roku po znalezieniu ciała, około 20 kilometrów od Somerton odnaleziono ciało dwuletniego dziecka, oraz jego nieprzytomnego ojca. Przyczyna śmierci dziecka nie udało się ustalić, natomiast ojciec po kilku tygodniach rekonwalescencji trafił do szpitala psychiatrycznego. Żona mężczyzny twierdziła, że jej mąż znał tożsamość człowieka z Somerton.

Trzy lata przed znalezieniem ciała mężczyzny z Somerton w Australii niedaleko Sydney miała miejsce inna śmierć. Ofiarą był mężczyzna z Singapuru Joseph George Saul Haim Marshall. Przyczyną śmierci było samobójstwo przez zażycie trucizny. Obok ciała znaleziona dwunastowieczny tomik poezji ‘Rubayiat’.

Do teraz zagadka tożsamości mężczyzny z Somerton oraz przyczyny dla której został otruty pozostają niewyjaśnione.

chatka w głębi lasu

Hej Deb… – z głośnika zabrzmiał męski głos – Szkoda, że nie było cię dzisiaj w pracy. Ja… eee… – mężczyzna głośno przełknął ślinę – Zastanawiam się co u ciebie. Ee… Jeśli możesz to zadzwoń do mnie, jestem pod numerem 822 – 7007. Albo zadzwoń na domowy wieczorem. Ee… – znowu przerwał na chwilę – Nie ma cię już kilka dni, zacznę się martwić, jeśli jutro nie wrócisz. Chcę tylko wiedzieć czy u ciebie wszystko w porządku. Pa – dwa przerywane sygnały zadźwięczały przeciągle i automatyczna sekretarka wyłączyła się.

mistrzyni prezentów.

Jenny Edwards nie była ani trochę zdziwiona rozpakowując swój prezent gwiazdkowy. Dwie nagie lalki dla dorosłych… tak, mogła się tego spodziewać. Jej córka była mistrzynią robienia dziwacznych prezentów. Na pięćdziesiąte urodziny matki, Debbie zamówiła striptizera. Cóż, Jenny była pewna, że jej koleżanki z pracy nigdy nie zapomną muskularnego mężczyzny wulgarnie wijącego się na stole. Ona na pewno nie zapomni.

Jenny westchnęła tylko i spojrzała wymownie na córkę.

– Mamo, ja? – zapytała Debbie robiąc minę niewiniątka – Ja nie mam z tym nic wspólnego.

Kilka chwil później dziewczyna pognała na świąteczną zmianę do Szpitala dla Weteranów w Fayetteville. Pod pachą miała wielkiego pluszowego jednorożca – prezent od mamy.

Był to ostatni raz, kiedy Jenny widziała swoją córkę żywą.

automatyczna sekretarka.

Deborah Ann Wolfe była dwudziestoośmioletnią pielęgniarką. Jej życie było doskonale poukładane – miała fantastyczny kontakt z mamą, lubiła swoją pracę i mieszkała w najwspanialszym miejscu na ziemi – w małej, położonej na brzegu jeziora chatce w lesie. Było to cztery mile od miasta. 

Dziewczyna kochała to miejsce – kiedy chciała kąpać się nago w jeziorze – kąpała się, kiedy chciała strzelać do beczek, stojących na werandzie – strzelała, kiedy chciała urządzić przyjęcie, puszczając głośną muzykę i krzycząc do rana – tak właśnie robiła. Żaden wścibski sąsiad nie wtykał nosa w jej sprawy, ponieważ żadnego sąsiada nie miała.

25 grudnia 1985 po skończonej zmianie Debbie wróciła do domu. Dwa owczarki niemieckie, Morgan i Mason powitały ją szczekając radośnie. Spuściła je z łańcucha i w trójkę ruszyli na spacer wzdłuż jeziora.

Debbie nie opuściła ani jednego dnia pracy aż do 26 grudnia 1985 roku. Wtedy to pierwszy raz, nie powiadamiając nikogo, nie stawiła się zmianę. Ponieważ nie odbierała również telefonów, w końcu ktoś zadzwonił na numer wpisany jako telefon alarmowy – do jej matki Jenny Edwards.

Jenny od razu wiedziała, że stało się coś niedobrego. Znała swoją córkę bardzo dobrze, wiedziała, że ta nigdy nie opuściłaby dnia pracy bez naprawdę poważnego powodu. Wraz ze swoim przyjacielem Kevinem Gordonem wsiedli w samochód i pojechali na obrzeża Fayetteville sprawdzić, czy u Debbie wszystko w porządku.

Pierwszym, co rzuciło im się w oczy były puste puszki po piwie, rozrzucone niedbale po całym podwórku. Psy, o które Debbie tak dbała biegały samopas, wyjąc. Wyglądało na to, że od dłuższej chwili nic nie jadły.  

Kiedy Jenny i Kevin weszli do domu przerazili się jeszcze bardziej. Podłogę wyściełały rzeczy osobiste Debbie, pomieszane z kolejnymi puszkami. Miejsce wyglądało na zdewastowane. Jenny była pewna, że jej córka nie pozwoliłaby na doprowadzenie swojego ukochanego domu do takiego stanu.

Kevin wszedł do sypialni, gdzie znalazł torebkę Debbie wciśniętą niedbale między ścianę i łóżko. Lampka automatycznej sekretarki znajdującej się na nakastliku migała na czerwono. Mężczyzna zawołał szybko Jenny i nacisnął na ‘odsłuchaj’.

– Hej Deb… – z głośnika zabrzmiał męski głos – Szkoda, że nie było cię dzisiaj w pracy. Ja… eee… – mężczyzna głośno przełknął ślinę – Zastanawiam się co u ciebie. Ee… Jeśli możesz to zadzwoń do mnie, jestem pod numerem 822 – 7007. Albo zadzwoń na domowy wieczorem. Ee… – znowu przerwał na chwilę – Nie ma cię już kilka dni, zacznę się martwić, jeśli jutro nie wrócisz. Chcę tylko wiedzieć czy u ciebie wszystko w porządku. Pa – dwa przerywane sygnały zadźwięczały przeciągle i automatyczna sekretarka wyłączyła się.

Matkę Debbie przeszedł zimny dreszcz. Kim był ten mężczyzna? Nie znała jego głosu, a przecież znała wszystkich przyjaciół swojej córki. Dlaczego mówił, że Debbie nie ma od kilku dni? Przecież w pracy nie było jej może kilka godzin.

Jenny i Kevin obeszli kilkukrotnie podwórko, a także sprawdzili teren wokół jeziora znajdującego się nieopodal. Nigdzie nie było śladu ani Debbie, ani nikogo innego. Nie pozostało im nic innego jak tylko zawiadomić policję. Zgłoszenie przyjął kapitan Jack Watts z Biura Szeryfa w Cumberland.

Kilkadziesiąt minut później rosły mężczyzna pojawił się z psem tropiącym. Miał nadzieję, że być może pies od razu złapie trop zaginionej i szybko będą mogli uznać sprawę za zamkniętą. Niestety nic takiego się nie stało. Kapitan orzekł, że oficjalne poszukiwania można będzie rozpocząć dopiero po trzech dniach od zaginięcia. Rozpoczęto je po pięciu.

W międzyczasie Kevin przyjechał nakarmić Morgana i Masona. Wszedł do domu i w kuchni natknął się na uniform z krótkimi rękawami należący do Debbie. Mógłby przysiąc, że wcześniej go tam nie było. Zresztą to przecież niemożliwe, żeby i on i Jenny przeoczyli tak ważny ślad.

pod powierzchnią.

Piątego dnia od zaginięcia rozpoczęto poszukiwania. Policjanci przywieźli ze sobą więcej psów tropiących, jednak żaden nawet nie podjął tropu. Wydawało się dziwne, że nie wzięli ze sobą nurków, aby przeszukać jezioro. Stwierdzono, że Jenny i Kevin już to zrobili.

– Wydaje mi się, że wspominali, że przeszukali już jezioro… – tłumaczył się później kapitan Jack Watts, zapytany przez media dlaczego nikt nie przeszukał jeziora – Nie mieliśmy więc po co sprawdzać go po raz kolejny. Nie, nie wydaje mi się, żebyśmy to zrobili.

Był to absurd. Ani Jenny, ani Kevin nie mieli ani sprzętu, ani umiejętności, żeby przeszukiwać jezioro. A jeśli nawet zrobiliby to na własną rękę, policja powinna była zrobić to raz jeszcze.

Śledztwu prowadzonemu przez policję brakowało kompetencji i profesjonalizmu, co sfrustrowało Jenny. Zatrudniła więc na własny koszt nurków, aby dokładnie zbadali jezioro. Nie przyniosło to żadnego rezultatu.

Siódmego dnia od zaginięcia Debbie, Kevin Gordon oraz jego znajomy Gordon Childress, który miał umiejętności nurkowe, postanowili przeszukać jezioro po raz trzeci. Gordon zauważył ślady wleczenia czegoś ciężkiego na brzegu. Wszedł głębiej w wodę i prawie natychmiast natknął się na Debbie. Jej nogi wystawały z pięćdziesięciopięcio galonowej drewnianej, noszącej ślady po strzałach beczki. Dokładniej takiej samej beczki, jakiej brakowało na podwórku. Debbie używała jej do gromadzenia drewna na opał i okazjonalnie jako celu podczas ćwiczeń strzeleckich. 

Kevin i Gordon mimo zrażenia działaniami policji, nie mieli innego wyjścia jak tylko ich zawiadomić.

Funkcjonariusze zabrali ciało Debbie, zostawiając beczkę na brzegu. Nikt nie miał ochoty targać wielkiej beczki ze sobą, więc postanowili wrócić po nią następnego dnia, większym samochodem.

teorie jack’a wattsa.

Dzień później koroner William Oliver podzielił się wynikami autopsji:

  • W krwiobiegu Debbie nie znalazł śladów alkoholu, ani środków odurzających.
  • W płucach dziewczyny znajdowała się woda o objętości pół łyżeczki. Oznaczało to, że kobieta nie zginęła w wyniku utonięcia, a jej ciało zostało wrzucone do wody już po śmierci.
  • Palce ofiary były powyginane i pokryte zadrapaniami, które mogły świadczyć o walce.
  • W waginie Debbie znajdowało się nasienie, jednak nie udało się stwierdzić, czy odbyła stosunek z własnej woli, czy też padła ofiarą gwałtu.
  • Ciało kobiety znajdowało się w pozycji zrelaksowanej, a jej oczy były zamknięte – znowu kłóciło się to z utonięciem jako przyczyną śmierci. W przypadku tonięcia mięśnie są napięte, a oczy zwykle otwarte – jest to ciało człowieka, który resztkami sił walczy o ostatnie tchnienie.
  • Ciało Debbie było w dobrym stanie – na tyle dobrym, że pogrzeb można było odprawić przy otwartej trumnie. Na pewno nie było to ciało, które od siedmiu dni znajdowało się w wodzie.

Wbrew opinii doktora Olivera, która aż krzyczała o udziale osób trzecich w śmierci Debbie, kapitan Jack Watts wykluczył morderstwo i za przyczynę śmierci przyjął przypadkowe utonięcie.

– Kiedy pierwszy raz spotkałem się z rodziną – stwierdził kapitan Jack Watts – Psy biegały spuszczone z łańcucha. Jestem pewien, że Deborah bawiła się z psami i wpadła do jeziora. To był nieszczęśliwy wypadek.

Ekspertyza koronera nie była jedyną rzeczą jaką zignorował Watts.

Samochód Debbie nie był zaparkowany w typowy dla kobiety sposób. Ponadto siedzenie kierowcy było odsunięte daleko w tył – jak dla rosłego mężczyzny, nie dla drobnej dziewczyny.

Wisienką na torcie był jednak fakt, że kiedy funkcjonariusze wrócili po beczkę, w której znaleziono ciało Debbie, beczki już nie było.

– W moim mniemaniu – stwierdził kapitan Watts – A także i moich kolegów, to co wydawało się na pierwszy rzut oka beczką, było tak naprawdę kurtką dziewczyny, która pod wpływem znajdowania się pod wodą napompowała się do podobnych rozmiarów.

Po tym jak Watts zanegował fakt istnienia pięćdziesięciopięcio galonowej beczki, którą widzieli Jenny, Kevin, Gordon, a także funkcjonariusze, którzy przyjechali po ciało, rodzina i przyjaciele Debbie stracili całą wiarę w policję. Byli jednocześnie oszołomieni i wściekli.

dwaj podejrzani.

Nie mniej jednak policji udało się przesłuchać kilka osób.

Debbie miała pod opieką dwóch wolontariuszy, w szpitalu, w którym pracowała. Obydwu wesoła dziewczyna wpadła w oko i obaj bardzo chcieli się z nią umówić

Pierwszy z nich miał za sobą historię leczenia psychiatrycznego i był wyjątkowo nachalny. Poza nękaniem w pracy, udało mu się zdobyć numer dziewczyny i dodatkowo zaczął nękać ją telefonami. Ponoć twierdził, że wie gdzie mieszka i przyjdzie ją odwiedzić. Mimo, że odmówił testu poligrafem, jego alibi potwierdziło się, więc został zwolniony. Kilka dni później opuścił stan.

Drugi z wolontariuszy chciał umówić się z Debbie kilka tygodni przed jej zniknięciem. Ona powiedziała mu jednak, że przyjaźń to wszystko na co może liczyć z jej strony, ponieważ z kimś się już spotyka. Nie jest jasne, czy dziewczyna naprawdę była w związku, czy powiedziała tak tylko po to, żeby spławić niechcianego adoratora. Jenny wierzy, że to on był mężczyzną, którego głos słyszała w automatycznej sekretarce. Ma wrażenie, że nagrał się, próbując stworzyć sobie alibi. Został on również przesłuchany przez policję, jednak nie stwierdzono żadnych powiązań z zaginięciem młodej kobiety.

wojskowa kurtka i naszyjnik.

Kilka miesięcy później Jenny odzyskała ubrania, w których jej córka została znaleziona. Okazało się, że żadna z rzeczy nie należała do Debbie. Była ona ubrana w:

  • T-shirt z napisem ‘Pittsburgh Steelers’, którego nie rozpoznała ani Jenny, ani żaden z przyjaciół Debbie.
  • Stanik o trzy rozmiary większej miseczce i dwa rozmiary zbyt szeroki w obwodzie.
  • Męskie buty o rozmiarze sześć, przy czym Debbie nosiła damską siódemkę (około trzy rozmiary mniejsze).
  • Męską skórzaną kurtkę wojskową o rozmiarze S. Co ciekawe Debbie posiadała identyczną kurtkę o rozmiarze L, którą dostała od brata. Ta jednak wisiała jakby nigdy nic na wieszaku w szafie.
  • Indiański naszyjnik ‘Złe oko’, który według wierzeń rdzennych Amerykanów miał wskazywać duszy drogę do następnego życia.

nieszczęśliwy wypadek.

Jenny zmarła w roku 2002. Do końca życia była przekonana, że Debbie została zamordowana. 

– Znajdźcie tego, kto nagrał tą wiadomość, a znajdziecie mordercę – mawiała.

Być może morderca napadł Debbie w jej własnym samochodzie – stąd odsunięte siedzenia. Może jakiś czas przetrzymywał ją i gwałcił, a ostatecznie zamordował i podrzucił ciało w beczce do jeziora? Musiał mieć straszne szczęście skoro nie dość, że udało mu się zrobić to wszystko, to później jeszcze ukradł beczkę, którą funkcjonariusze zostawili na brzegu. To wszystko przy prawie cały czas obecnej rodzinie i funkcjonariuszach policji.

Ciekawostką jest fakt, że uniform Debbie znaleziony w jej kuchni nie był tym, który w dniu zaginięcia nosiła w pracy.

– Byliśmy na lunchu tamtego dnia – wspominał Roger Rushin, jeden z przyjaciół Debbie – Pamiętam jak rozmawialiśmy i przypadkiem oblałem kawą jej rękaw. Miała wtedy długie rękawy. A ona specjalnie wysypała groszek, żebym nie czuł się jak ostatnia oferma. Umówiliśmy się na lunch następnego dnia, ale już nigdy nie przyszła do pracy.

Uniform znaleziony w kuchni miał krótkie rękawy. Tego z długimi nigdy nie odnaleziono.

Działania policji mogą wskazywać na dwie rzeczy. Być może był to skrajny brak kompetencji, tuszowany późniejszymi działaniami. Albo kapitan Jack Watts był lub znał kogoś zamieszanego w śmierć Debbie.

Którakolwiek odpowiedź jest tą dobrą, sprawa Debbie Wolfe pozostaje zamknięta, a jej śmierć uznana za nieszczęśliwy wypadek.