najgorsza delegacja ever

Miałam kiedyś takiego bardzo niesympatycznego szefa, nazwijmy go Gadzi Ryj, bo z twarzy przypominał jaszczurkę z zatwardzeniem. I on powiedział: Lecisz w delegację.

Niby etat w hamulcach dostałam miesiąc temu. Niby była to moja pierwsza praca. Niby byłam nowa w branży, po niekoniecznie pasującym kierunku. Niby nie dostałam żadnego szkolenia. Ale Gadzi Ryj powiedział, że przecież jestem inżynierem i mam wszystko rozumieć. A jak nie rozumiem to mam sobie czytać dokumentację i zrozumiem. A jak nie zrozumiem to widać do niczego się nie nadaję.

Niby to nie był mój projekt i dostałam go po koledze. Nigdy też nie rozmawiałam z klientami, a tu mam jechać, prezentować produkt, o którym nie mam pojęcia, odpowiadać na pytania, na które nie znam odpowiedzi. Ale Gadzi Ryj powiedział, że projekt jak projekt, w hamulcach nie ma żadnej filozofii, to sobie tam sama na pewno przekminię, kilka kompromitacji najlepiej mnie nauczy, a później to samo jakoś pójdzie.

Niby bałam się jak cholera lecieć sama, w dodatku daleko, i powiedziałam, że nie polecę. Ale Gadzi Ryj powiedział: Polecisz, polecisz.

Więc poleciałam.

Aneta powiedziała: Ale super, delegacja do Sztokholmu! Zazdroszczę. Pomyślałam sobie, rzeczywiście. Nigdy nie byłam w Szwecji, przynajmniej wykorzystam ten wyjazd do tego, żeby zobaczyć kawałek świata.

Musiałam zarezerwować nocleg. Firma pozwalała na rezerwację hotelu do stu euro za noc. Można by pomyśleć całkiem dużo hajsu. Otóż nie, kiedy rezerwujemy nocleg w Sztokholmie w ostatniej chwili. Dlatego wzięłam coś dwadzieścia kilometrów za.

Nie mogłam polecieć samolotem rano, bo praca i Gadzi Ryj nie uważał tego za stosowne, więc poleciałam wieczorem. Podczas lotu fantazjowałam o tym, jak samolot spada i ginę. Niby szkoda by było poświęcać tyle bogu ducha winnych ludzi, ale kompromitacja, której już za chwilę miałam doświadczyć wydawała się dla mnie gorsza. Nie spadłam. Wylądowałam tuż przed północą.

Nie mogłam znaleźć taksówek. Zresztą i tak nie miałam kasy. Zapytałam kogoś tam z informacji, ale nie bardzo mogłam się dogadać. Pokierowali mnie na przystanek autobusowy. I pojechałam autobusem. Co do zwiedzania Sztokholmu to ładne mają lotnisko, i to za oknami autobusu też spoko, tylko trochę ciemno.

Zabudowania znikały z każdym przystankiem. Jacyś kolesie przyglądali mi się i szeptali coś między sobą. Bałam się, że wysiądą za mną, ale moje wyobrażenia rodem ze szwedzkiego kryminału się nie sprawdziły, nie wysiedli. Za to znalazłam się zupełnie sama na ciemnym pustkowiu, z różową walizka w jednej ręce i niesławnym iPhonem w drugiej. Jakby co, był środek zimy.

Zadzwoniłam do mamy, żeby sprawdziła na mapie gdzie mam iść i jakoś mnie pokierowała, ale zasraniec się rozładował. Rozpłakałam się. Szłam zaśnieżoną łąka w stronę jednej jedynej latarni. Kółka walizki odbijały się od ukrytych pod śniegiem kamieni. Szłam i płakałam.

Nagle jedno z kółek wpadło w dziurę i odpadło. Rozpłakałam się jeszcze bardziej. 

Dowlokłam się do latarni. Po drugiej stronie ulicy widniał zarys budynku, który mógł być zarezerwowanym pensjonatem. Trochę taka nowoczesna stajnia. Nie było przejścia dla pieszych, więc spojrzałam na ulicę, czy nic nie jedzie. Zupełnie nie wiem po co, kto niby miałby tędy przejeżdżać. Tak naprawdę to miałam kilka pomysłów po co i żaden nie kończył się dla mnie dobrze.

Dotarłam do budynku. I pomyślałam sobie, o jak dobrze! Ale nie było dobrze. Wszystkie okna były zabite dechami. Serio, zobaczyłam deski przybite gwoździami do framug. 

Świetnie. Więc zamknęli ten pensjonat, a ja będę nocować na ulicy na jakiś szwedzkim wypizdowie. No i co ja mam teraz zrobić. Jest pewnie gdzieś druga w nocy. Telefon rozładowany. Pensjonatu brak. Cywilizacji brak. Rękawiczek brak. Zimno jak jasny pieron. Usiadłam na śniegu tonąc w bezsilności. Bo to czego zabrakło mi w tej sytuacji to zapalenie pęcherza.

Dobra, pomyślałam sobie, nie zwiedziłam Sztokholmu, to zwiedzę chociaż tę urokliwą, szwedzką wioskę, której nazwy nie pamiętam. Noc wydaje się być doskonałą porą na zwiedzanie wsi, a najlepiej kiedy w okolicy nie ma latarni.

Szłam więc przed siebie, a w głowie zaczęłam robić listę rzeczy do zrobienia, zakładając, że przeżyję i uda mi się wrócić do domu. Po pierwsze, kupić sobie rękawiczki. Po drugie, wymienić iPhone’a na jakiś uczciwy telefon. Po trzecie urwać jaja Gadziemu Ryjowi. Po czwarte powiedzieć Anecie, że o dupę rozbić te wszystkie delegacje…

I wtedy go zobaczyłam. Zza drzew wyłonił się domek, w którym paliły się światła. Nie ekscytowałam się jeszcze zbytnio, bo mogły to być halucynacje spowodowane hipotermią. Powoli zaczęłam iść w jego kierunku. 

Domek istniał. I drzwi były otwarte. Straciłam oddech, kiedy uderzyło mnie ciepło. Było tam coś co wyglądało jak recepcja i zaraz zbiegł jakiś przemiły pan, który powiedział, że tak to ten pensjonat. I wtedy rozpłakałam się na dobre.

*

Klienci, z którymi rozmawiałam o projekcie okazali się spoko ziomkami. Mimo, że na spotkanie przyszłam z podkrążonymi, spuchniętymi oczami, jąkałam się i gubiłam, oni zdawali się nie zwracać uwagi na to, że nie mam pojęcia co robię, a na każde pytanie odpowiadam ‘Już zapisuję, będziemy musieli to sprawdzić’.

Później zawieźli mnie do zakładu taboru kolejowego, żebym mogła ocenić jakieś rzeczy, których nie potrafiłam ocenić. Więc zaglądałam w różne miejsca pociągu i oceniałam. Tego dnia dowiedziałam się więcej o hamulcach niż przez następne półtorej roku pracy z Gadzim Ryjem (łał).

*

Człowiek to jednak jest głupi w swojej pierwszej pracy.

Nikt nie rodzi się ze umiejętnością projektowania hamulców, sterowania samolotu, ani grania w bierki. Nikt nie rodzi się również z umiejętnością chodzenia, jedzenia i załatwiania się w odpowiednie miejsce. Prawdopodobnie powinniśmy uczyć się tego z dokumentacji.

Studia inżynierskie nie robią z człowieka elektronika, mechanika i programisty w jednym. Z umiejętnością publicznego prezentowania ofert i negocjacji z klientami. Ani nabywania całej wiedzy świata z projektu, który zrobił ktoś inny spoglądając na niego przez dwa dni.

Jeszcze powinno być coś o zmuszaniu ludzi do kompromitowania się, co niby ma działać lepiej niż dawanie im wiedzy, wysyłaniu ich nocą do obcych krajów w pojedynkę, rezerwowaniu noclegów dwadzieścia kilometrów od miasta, bo za drogo…

No ale tłumacz to jaszczurce z zatwardzeniem.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *