Polonezem przez Bałkany

Polonez był gotowy do drogi. Byliśmy tego pewni. Na desce rozdzielczej leżał piesek kiwający głową, z lusterka zwisały pluszowe kostki, a instalację elektryczną do wiatraczków mających stworzyć namiastkę klimatyzacji robił kolega inżynier, więc co mogło pójść nie tak?

Tego samego dnia instalacja elektryczna do wiatraczków spłonęła. Nie daliśmy się jednak poddać rozpaczy, pewnie i tak pogoda będzie kiepska. W końcu wrzesień.

Paweł zgarnął mnie spod domu. Pojechaliśmy po Rafała i Tomka, zatankowaliśmy gaz i benzynę do pełna, i ruszyliśmy do Jaworzna. Mieliśmy spać w domu Pawła, bo stamtąd bliżej do Katowic, a z Katowic jutro o 9 startował Złombol The Chalkidiki Edition.

W samochodzie pachniało benzyną, ja uważałam, że bardzo ładnie, chociaż chłopaki nie byli zadowoleni. Wskazówka paliwa opadała wolno, lecz nieuchronnie, a przecież jechaliśmy na gazie. Do tego zapaliła się kontrolka ładowania.

Pac. Pacpac. Pac.

Co jest… Brzmiało jak odbijająca się od metalu śrubka. Tego było już za wiele – zdecydowaliśmy zatrzymać się na poboczu. Z Tomkiem opieraliśmy się o samochód i popijaliśmy piwo, a Paweł i Rafał nachylali się nad otwartą maską. Kiedy stało się jasne, że nie dowiemy się ki diabeł wypadł na autostradzie, zgodziliśmy się na tę chwilę o tym zapomnieć i jechać dalej.

W Jaworznie Paweł ze szwagrem pochylili się nad Polonezem (Paweł głównie przyświecał latarką), a my pojechaliśmy po prowiant. Kupiliśmy słoiki z nakrętką i rurką, żeby łatwiej było pić drineczki w samochodzie, poszliśmy też do Maka na pełnowartościową kolację.

Szwagier Pawła powiedział nam, co wypadło na autostradzie. Rzeczywiście była to śruba. Mechanik, który doprowadzał Poloneza do stanu używalności zapomniał przykręcić rozrząd. Szwagier powiedział również, że rura w baku jest nieszczelna, stąd benzyna wylewa się na każdym zakręcie. Wymienił też regulator napięcia i pozbył się świecącej kontrolki.

Tym razem Polonez naprawdę był gotowy do drogi. A przynajmniej taką mieliśmy nadzieję.

Wypiliśmy po piwie pracując nad planem wyjazdu, czyli kłócąc się o to czy wystarczy, że będziemy pod Spodkiem o 9, czy musimy być już o 7. Ja byłam za 11, ale nikt nie chciał mnie słuchać.

1 dnia oczywiście udało nam się zaspać. Rzeczy w bagażniku były poukładane jak klocki w bardzo dobrze rozegranej partii Tetrisa. Kiedy upchnęliśmy ostatnią siatkę, usłyszeliśmy ciche wibracje. Była to maszynka do golenia Pawła. Jego torba została spakowana jako pierwsza. Wyciągnęliśmy wszystko z powrotem na trawę, Paweł wyłączył maszynkę i zaczęliśmy pakowanie od nowa. Dzięki nowemu ułożeniu udało się jeszcze wcisnąć składane krzesło wędkarskie, więc ostatecznie praca nie poszła na marne.

Pod spodkiem trwała już rejestracja. Dostaliśmy matę na kapiący olej (to jedno akurat się nie stało), worek różności, numer 275 i duck tejpa, żeby wziąć udział w konkursie na coś tam, czego nie pamiętam. Pewnie, żeby zrobić coś fajnego z duck tejpa.

Spodek zapełniał się autami.

W końcu stało się nieuniknione – lunął deszcz. Schowaliśmy się do Poloneza i odkryliśmy, że przednia szyba przecieka. Całe szczęście, że odbywał się konkurs na coś tam, czego nie pamiętam, bo duck tejp świetnie sprawdził się jako uszczelka przedniej szyby.

Okleiliśmy Poloneza naklejkami Złombola, a później naszymi. Te nasze były jakieś dziwnie brzydkie, przykryte białą warstwą ochronną. Chłopaki trochę psioczyli, że to najgorsze naklejki na świecie, a ja rżnęłam głupa, że to nie ja je zamówiłam. Oczywiście po przełomowym odkryciu, że białą warstwę ochronną można ściągnąć wyglądały zdecydowanie lepiej.

Auto było już oklejone, pani z koszykiem rozdawała piwa bezalko więc wzięliśmy. Byliśmy bardzo daleko w kolejce do przejazdu przez start. Później jednak coś strasznie pomieszało się w organizacji i puścili nas jako jednych z pierwszych.

Na wyjeździe ludzie stali i wiwatowali. Pewnie tak czuli się słynni podróżnicy wyjeżdżający na niebezpieczne wyprawy. Tak to zapamiętałam. Później oglądałam swoje własne filmiki z telefonu i z tymi wiwatami to mocno przesadziłam. Ale ludzie stali rzeczywiście.

2 kilometry od startu minęliśmy pierwszy zepsuty samochód. Całkiem pocieszające, że to nie my byliśmy pierwsi.

Jako, że tego dnia akurat miałam urodziny, popijaliśmy sobie celebracyjne whisky z colą. Rafał popijał samą colę, bo wykłócił się, że chce prowadzić Poloneza. Teraz trochę tego żałował. Wtedy użyliśmy słoików z nakrętką i rurką pierwszy i ostatni raz. Idę o zakład, że do dzisiaj leżą nieumyte w Polonezie. Zapomnieliśmy o jedzeniu, aczkolwiek drineczki wynagrodziły nam tę stratę. Rafałowi wynagrodziło ją śpiewanie ‘Więc chodź pomaluj mój świat.’

Przejechaliśmy przez Słowację i dojechaliśmy do Budapesztu. Tam był pierwszy stop. Zaczęło lać. Znaleźliśmy swoje miejsce na kempingu, wypakowaliśmy rzeczy i namiot. Wysiadając z samochodu wpadłam w wielkie bagno, brudząc moje nowe, pierwszy raz ubrane czerwone trampki. 

Jak mawiają starożytni Polacy ‘najpierw rozłóż namiot, później pij’. Nie posłuchaliśmy się ich. Tylko Paweł wiedział jak rozłożyć bardzo stary namiot, który wzięliśmy ze sobą, ponoć nawet ćwiczył to przed wyjazdem. Niestety w tym momencie stracił tę i tak mocno niepewną umiejętność. Jego instrukcje były bardzo złe – zamiast sypialni najpierw rozłożyliśmy tropik, szkielet zamiast w tropik, włożyliśmy w sypialnię i wszystko się strasznie pokićkało. Jacyś ludzie nawet próbowali nam pomóc, niestety bezskutecznie. A deszcz wciąż lał w najlepsze.

Byliśmy cali mokrzy, nasze rzeczy pływały, a namiot zalało. Tomek przypomniał sobie, że ma w Budapeszcie koleżankę. Kiedy do niej zadzwonił, powiedziała, że jej siostra akurat wyjechała i ma wolne mieszkanie. Tam nocowaliśmy. Później w wiadomościach podali, że deszcz zalał miasto, sparaliżował komunikację, a do pomocy przy powodzi wezwano wojsko. Biedni ludzie, którzy zostali na kempingu.

2 dnia udało nam się zalać mieszkanie siostry koleżanki Tomka i posprzątać je cztery razy – prysznic naprawdę nie był w najlepszym stanie. Dzięki temu jednak podłoga była tak wyszorowana, że można było z niej jeść. Jeśli ktoś miałby takie marzenie. 

Wszystkie rzeczy były strasznie mokre, a do tego Polonez nie odpalił. Nie wiedzieliśmy czy to znowu problemy z regulatorem napięcia, czy też deszcz zalał jakieś inne gówno. Na szczęście mieliśmy kontakt z innymi drużynami przez aplikację. Ktoś podsunął pomysł, że kostka od stacyjki mogła siąść i żeby styki się złączyły trzeba ją odchylać. Rafał zrobił konstrukcję z kamieni i multitoola, i stary grat odpalił.

Ruszyliśmy w dalszą drogę. Obiad zjedliśmy w przypadkowej przydrożnej karczmie, która jak się okazało serwuje tradycyjne węgierskie potrawy i jest całkiem niedroga.

W Serbii trafiliśmy na kolegę jadącego do Grecji na motorynce Rometa. Miał ze sobą zapasową dentkę, oponę i kończącą się butelkę wody, a do tego padał mu telefon. Do samego Budapesztu nie dojechał – spał w krzakach przykryty kurtką. Daliśmy mu wodę, pokierowaliśmy go dalej i podjechaliśmy z nim trochę, jednak maksymalna prędkość Rometa to 45 km/h, więc po jakimś czasie musieliśmy go porzucić.

Pole namiotowe pod Belgradem było już zajęte, więc rozbiliśmy się na ściernisku. Piwa na stacji były już wykupione, więc musieliśmy zadowolić się wodą. Wystarczyła chwila spędzona z ekipami obok, żeby zrozumieć, że jesteśmy przygotowani do rajdu najgorzej ze wszystkich. Inni mieli przewoźne prysznice, nowoczesne, przewoźne kuchnie gazowe, spawarki, sprawne stacyjki… My mieliśmy pieska z kiwającą głową i pluszowe kostki.

3 dnia podpisaliśmy Poloneza nazwą ekipy KombiNaTory. Osobiście bardziej podobał mi się PoloGrzmot, ale rzeczywiście mogłoby to budzić niepokojące skojarzenia. Próbowaliśmy odpalić przedpotopową kuchenkę, żeby zrobić sobie kawę. W końcu ktoś dał nam trochę wrzątku.

Połaziliśmy po Belgradzkich fortyfikacjach Kalemegdan i zwiedziliśmy muzeum wojskowe. Udało nam się znaleźć nawet szczyptę polskości, w postaci działa.

Oglądanie militariów sprawiło, że zgłodnieliśmy. Tomek znalazł knajpkę z tradycyjnym serbskim jedzeniem w centrum Belgradu. Zamówiliśmy cztery razy Ćevapčići, trzy razy pieczone ziemniaki i raz frytki, oraz antałek wina. Kelner był delikatnie zaskoczony, ale nic nie powiedział. Jedliśmy mięso z patelni, zagryzając ziemniakami i zastanawialiśmy się po co jeszcze dali nam talerze. Kelnerzy spoglądali na nas trochę z zaciekawieniem i coś szeptali między sobą. Oczywiście talerze były po to, że przerzucić na nie Ćevapčići i dołożyć do tego ziemniaczki, a później podzielić się z kimś innym, bo porcje były dwuosobowe. 

Jadąc autostradą w kierunku Macedonii zauważyliśmy stojącą na poboczu Skodę Favorit z otwartą maską. Zatrzymaliśmy się, żeby zapytać stojących obok auta dziewczynę i chłopaka czy nie potrzebują pomocy. Potrzebowali – zepsuł im się alternator. Nie mogliśmy im pomóc z alternatorem, ale zostaliśmy żeby wesprzeć ich duchowo. Dziewczyna z Favoritki miała papierosy, więc paliłyśmy je popijając wino i patrzyłyśmy jak chłopaki nie bardzo wiedzą co zrobić z niedziałającym alternatorem. Nie żebyśmy my wiedziały.

Nagle na poboczu pojawiły się trzy inne Złombolowe samochody. Jedna z ekip wiozła ze sobą zapasowy alternator akurat do Skody Favorit. Ktoś tam zaczął go wymieniać, kilka innych osób stało z boku i patrzyło, a ja z resztą urządziliśmy sobie dziwny melanż przy zepsutym samochodzie w oczekiwaniu na jego naprawę.

Kiedy ruszyliśmy słońce zaczynało już zachodzić. Kilkadziesiąt kilometrów później w Polonezie rozwalił się tłumik i dalej jechaliśmy w strasznym, zagłuszającym muzykę huku.

Granicę z Macedonią przekroczyliśmy nocą, razem z na oko trzydziestoma innymi Złombolowymi samochodami. Brak tłumika doskwierał nam bardzo. Nawigacja cały czas zmieniała zdanie gdzie jechać, i za każdym razem wskazane miejsce okazywało się nie być kempingiem obok hotelu w Skopje. Ostatecznie mieszkaniec Skopje widząc nasze nieszczęśliwe miny i słysząc nasz brak tłumika poprowadził nas do celu.

Na polu namiotowym ktoś podsłuchał naszą rozmowę o zepsutym tłumiku. Ekipa obok miała ten sam problem i już umówili się z kimś, kto miał spawarkę. Postanowiliśmy rozbić się obok nich.

Poszliśmy z Pawłem spać, a Rafał i Tomek poznali ludzi z przedłużonego żółtego Żuka. Ponoć była spoko impreza i trochę zazdrościłam, ale później powiedzieli, że pili whisky z sokiem brzoskwiniowym i szybko doszłam do wniosku, że spanko to była jednak dobra decyzja. 

4 dnia udało się zespawać tłumik bez wyciągania go z Poloneza. Ekipa, która nam pomogła nie miała tyle szczęścia.

Kiedy wszystko było już pięknie pospawane i cichutkie, na masce Poloneza zrobiliśmy sobie szwedzki stół.

Po obozowisku błąkał się mały piesek. Pani z mikrofonem poprosiła nas, żeby powiedzieć kilka słów do kamery. Powiedziałam chłopakom, że ja jestem kiepska w takie rzeczy, więc niech oni mówią, a ja będę siedzieć i się uśmiechać. Piesek wskoczył na ręce Pawła, a ja nie pozwoliłam za bardzo nikomu dojść do słowa i oczywiście w blasku fleszy źle odmieniłam Skopje. Nigdy już nie uda mi się o tym zapomnieć.

Bliżej centrum Skopje zaparkowaliśmy wśród gnijących odpadków. Idąc wzdłuż rzeki z jednej strony mijaliśmy monumentalne posągi i bogato zdobione latarnie, a z drugiej graffiti, śmieci i bezdomne zwierzęta. Bałkany podobały mi się coraz mniej.

Zaliczyliśmy macedońskiego Maka i błąkaliśmy się po starówce. Zdecydowanie nie byliśmy najlepszymi zwiedzaczami, ale przynajmniej zrobiliśmy zdjęcie z największym posągiem w mieście, który również był fontanną.

Żeby nie było, że nic nie widzieliśmy, poszliśmy na zamek. Było szalenie gorąco, a zamek Skopsko Kale wcale nie był taki fajny. Mieliśmy jeszcze jechać zobaczyć wodospad Smolare, bo to prawie po drodze, ale go olaliśmy. Zatrzymaliśmy się za to w małym wiejskim sklepiku i kupiliśmy coś, co prawdopodobnie mogło być burbonem i kilka innych dość podejrzanych alkoholi. Wzięłam też szczotkę do paznokci w nadziei, że uda mi się wyczyścić moje pierwszy raz ubrane, czerwone trampki.

Wieczorem wjechaliśmy do Grecji, na kolację zatrzymaliśmy się w Salonikach. Zamówiłam jagnięcinę w warzywach i dowiedziałam się, że nie lubię jagnięciny. Właścicielka restauracji przyszła z nami pogadać, pytała skąd jesteśmy i taki tam small talk. Chyba jej się spodobaliśmy, bo przyniosła nam deskę serów i tradycyjne greckie desery do spróbowania.

Droga do Chalkidiki była szalenie kręta. Szczęśliwie jechaliśmy za Żukiem, który ledwo dawał radę w górzystym terenie, więc nie dało się spieszyć i wypaść z zakrętu. Piłam wodę, w której można było parzyć herbatę. Później wino, które nagrzało się chyba jeszcze bardziej. Ze smutkiem patrzyłam na spalone wiatraczki. Jednak pogoda nas oszukała i wcale nie była do dupy.

Dojechaliśmy na metę. Pan, u którego zarezerwowaliśmy domek powiedział, że przyjechała do niego wycieczka, której oddał wszystkie domki i nie ma. Zanim zdążyliśmy się zdenerwować obiecał, że znajdzie nam miejsce u kogoś innego. Tym sposobem zamieszkaliśmy w pokoju z tarasem porośniętym winoroślą z małymi winogronkami.

Nie kłopocząc się rozpakowywaniem pobiegliśmy nad morze i wskoczyliśmy do wody. Jedyne, co słyszeliśmy to szum fal – wokół nie było nikogo innego. Nie było też zbyt wiele widać. Dałam nura pod wodę, żeby ochłodzić twarz. Wynurzyłam się już bez mojej jednej jedynej gumki do włosów.

Na tarasie napoczęliśmy kupiony w Macedonii alkohol. Właściciel pokoju, który siedział pod mieszkankiem obok sprzedał nam swój najnowszy samogon typu wino w plastikowej butelce smakujący i śmierdzący jak stara piwnica. Nie wiem dlaczego go kupiliśmy, ale miałam nadzieję, że nigdy go nie wypijemy.

5 dnia obudziliśmy się dość wcześnie, bo znowu było strasznie gorąco. Prysznic był mały i osłonięty ceratową zasłonką, która lepiła się nieznośnie do ciała. Kąpiel była koszmarem. Nie miała też sensu, bo gdy tylko wyszłam z łazienki całe ubranie znowu lepiło mi się do ciała. Lepiej niż kąpiel sprawdziło się leżenie w morzu i popijanie idealnie zmrożonego, arbuzowego Somersby. Na szczęście pan w budce obok miał cały zapas.

Po drodze do pokoju, na kempingu natknęliśmy się na siedzącego przy murku chłopaka, który nie wiedział co się z nim dzieje. Chcieliśmy zaprowadzić go do namiotu, ale wskazywał nam złe miejsca i nie potrafił powiedzieć jakim samochodem przyjechał. Włączył nam messengera i próbowaliśmy dzwonić do jego znajomych, ale nikt nie odbierał. Błąkaliśmy się trochę, przy okazji oglądając inne samochody, kiedy zgubiony chłopak rzucił się na materac na innego, śpiącego typa. Trochę się wystraszyłam, ale śpiący typ się obudził, krzyknął: ‘Krzychu!’ i poszedł spać dalej. Wywnioskowałam, że tym razem Krzychu się nie pomylił i naprawdę znał tego człowieka. Zostawiliśmy ich więc na drzemce i poszliśmy dalej.

Na kempingu był też piesek błąkający się wcześniej w Skopje w towarzystwie jakichś ludzi. Powiedzieli nam, że postanowili go przygarnąć, na szybkości wyrobili mu paszport i zabrali ze sobą. Spoko ziomki.

Na obiad zjedliśmy moussakę, a wieczorem poszliśmy na Złombolową imprezę. Znowu lał się alkohol i chociaż wydawać by się mogło, że było go dużo, to i tak go zabrakło. Po prostu ludzi też było dużo. Grała głośna muzyka, ludzie tańczyli, było morze, była plaża, byli chłopaki ubrani w boratki – niczego prócz alkoholu nie brakowało.

6 dnia poranek spędziliśmy nad morzem, później poszliśmy na skały wypić wino. Rozkoszując się pięknym widokiem – wtedy wino lepiej smakuje.

Tego dnia Tomek postanowił odpuścić, więc na drugą imprezę poszliśmy już tylko we trójkę. Rafał tańczył jakieś dziwactwa pod przewodnictwem gibkiego Chalkidikianina, my patrzyliśmy na te wyczyny jedząc Pringlesy. Ostatecznie niby-aerobik z gibkim Chalkidikianinem zamienił się w zwykłą imprezę. Rafał poszedł spać, a my jako że Pringelsy się skończyły też sobie potańczyliśmy. Takie rzeczy nie dzieją się często.

7 dnia spakowaliśmy się szybko i ruszyliśmy w stronę Macedonii. Wino w plastikowej butelce, które sprzedał nam właściciel pokoju było gorące jak zupa i śmierdziało piwnicą bardziej niż kiedykolwiek. Rafał jednak uparł się, żeby go nie wyrzucać, więc jechało z nami.

Zatrzymaliśmy się w randomowym greckim fastfoodzie na gyrosa. Mówiliśmy między sobą po Polsku i kiedy doszliśmy do kasy pani robiąca gyrosa również zaczęła mówić do nas po Polsku. Nie pamiętam skąd dokładnie pochodziła, ale na pewno nie tego spodziewałam się w małym, przypadkowym, greckim fastfoodzie.

Po drodze Polonez znowu zgasł. Ktoś mówił, żeby w takiej sytuacji otworzyć maskę i postukać czymś w rozrusznik. Rzeczywiście, zadziałało.

Albania była całkiem ciekawym krajem. Na drogach jeździły albo najnowsze Mercedesy, albo stare rzęchy takie jak nasz, nie było nic po środku. Po autostradzie jeździli rowerzyści i spacerowały krowy – tak, w nocy też. Widoki byłyby piękne, gdyby nie to, że tonęły w śmieciach.

Zrobiliśmy krótki postój, żeby rozprostować nogi. Nagle jeden z busów zaczął wyprzedzać drugi, a trzeci bus stwierdził, że świetnym pomysłem będzie wyprzedzić je oba. Wszystko skończyło się ostrym hamowaniem i wielką albańską awanturą przez otwarte szyby busów. Kierowca tira, który zatrzymał się obok nas zapytał gdzie jedziemy. Jechaliśmy do Tirany. Stanowczo odradził nam wjeżdżanie do tego jak to określił ‘małpiego gaju’, ale i tak tam pojechaliśmy.

Zatrzymaliśmy się na obiad gdzieś po drodze, ale kiedy po żmudnych tłumaczeniach udało nam się coś zamówić, okazało się, że przyjmują tylko gotówkę. Tak więc głodni pojechaliśmy gdzie indziej. We czwartej z kolei knajpie na barze leżał terminal, więc usiedliśmy przy jednym ze stołów. Kelner przyniósł nam menu i szybko uciekł, żebyśmy przypadkiem nie mogli go o nic zapytać. Jedzenie było już dawno wybrane, a my czekaliśmy i czekaliśmy, aż w końcu poszłam z Tomkiem zapytać czy możemy coś zamówić. Na nasz widok kelnerzy ścieśnili się w grupkę, jakby mieli zmierzyć się z dwugłowym smokiem. Chyba strasznie bali się mówić po angielsku. Jeden z nich powiedział, że zamawianie odbywa się przy stolikach. Powiedziałam, że bardzo chętnie zamówię przy stoliku, ale w tym celu ktoś musi do tego stolika podejść. On na to, że tak tak, właśnie zamierzał. JASNE.

Nikt nie podszedł przez następne kilkanaście minut. Przyjęliśmy taktykę intensywnego wpatrywania się w kelnerów. W końcu wypchnęli jakiegoś w naszą stronę. Pewnie był najmłodszy, albo wyciągnął najkrótszą zapałkę.

Była to najgorsza pizza jaką jadłam w życiu.

Do Macedonii dojechaliśmy jeszcze przed zmrokiem. Zwiedziliśmy starą część Ochrydy, jezioro Ochrydzkie, kamieniczki i twierdzę cara Samuela. Zabrakło nam gotówki na cztery wejścia do twierdzy, ale pan w kasie powiedział, że mogę wejść gratis. Nie wiem, może wyglądałam jak dziecko poniżej lat 9.

Kolację zjedliśmy na starówce. Knajpę wybraliśmy na chybił trafił, okazało się, że wybraliśmy dobrze. Kelner zaprowadził nas do stołu na wzniesieniu, z widokiem na resztę miasta. Ceny były dość niskie, a że chcieliśmy popróbować wszystkiego nazamawialiśmy przystawek, zup, dań głównych, antałków wina i wody. Kiedy tylko jedzenie pojawiło się na stole, wokół nas zaczęły schodzić się bezdomne psy i koty, w nadziei, że coś nam ze stołu spadnie. Widok był na tyle smutny, że straciłam apetyt. Z jednej strony miałam ochotę oddać im całe to jedzenie, które zamówiłam, z drugiej karmienie zwierzaków mocno ostrymi potrawami na pewno nie było dobrym pomysłem.

Zaczęłam jeść i wymiękłam już na przystawce. Zupę i drugie danie wcisnęłam z chytrości, bo wszystko było strasznie pyszne. Do pensjonatu wróciliśmy promenadą, gdzie akurat odbywał się festiwal filmowy. Nie miałam pojęcia co to były za filmy, ale wydarzenie wyglądało poważnie. 

Moją chytrość odchorowałam mocno tej nocy.

8 dnia państwo prowadzący pensjonat przygotowali dla nas śniadanie na świeżym powietrzu. 

Pojechaliśmy zwiedzić Zatokę Kości. Jezioro miało piękny kolor, a ja zastanawiałam się jak ludzie mieszkający kiedyś w tej osadzie uprawiali seks. W takim małym domku z całą rodziną musiało być strasznie tłoczno. Chyba, że chowali się po krzakach.

Jadąc dalej mijaliśmy wyścig biegaczy. Jechaliśmy tak wolno i tyle było omijania, że zdecydowaliśmy się przeczekać macedoński maraton na poboczu i porobić sobie zdjęcia z Polonezem. Pobocze zdecydowanie dało radę.

W Czarnogórze mieliśmy zarezerwowany nocleg w Budwie, jednak nie sposób było znaleźć adres podany na Bookingu. Poszukiwań nie ułatwiał fakt, że domy w Budwie były numerowane kolejno 1, 14C, 3, 45. Nikt nie odbierał też telefonów. Przez, albo też dzięki poszukiwaniom trafiliśmy nad zatokę pełną jachtów. Można powiedzieć, że coś tam zwiedziliśmy.

Przed przydrożnym hotelem próbowaliśmy złapać wifi, jednak sygnał był za słaby. Weszliśmy do środka i udało nam się przyłapać parę nastolatków, na migdaleniu się na kanapie. Zapytaliśmy o ten adres, jednak speszony chłopak nie wiedział, gdzie to może być. Zaraz przyszedł jego ojciec. Czerwona jak burak dziewczyna siedziała na kanapie i udawała, że jej nie ma. Pozwolili nam skorzystać z wifi, jednak w niczym to nie pomogło. Zarezerwowaliśmy inny nocleg, którego też nie znaleźliśmy, ale przynajmniej właścicielka odebrała telefon i po nas przyszła.

Pokój był duży, a szczególnie prysznic. Tego wieczora piliśmy drineczki w pokoju i jedynym co zobaczyliśmy w Budwie, były jachty. Także spoko, że sobie tak pobłądziliśmy. Dowiedziałam się też, że Budwańczykom przydałaby by się reforma numeracji domów.

9 dnia dojechaliśmy do Chorwacji i zatrzymaliśmy się w Jadriji. Był już wieczór, więc pospacerowaliśmy sobie brzegiem morza i zatrzymaliśmy się w plażowym barze na ciemne piwo.

Wieczorem próbowałam wyczyścić moje pierwszy raz ubrane czerwone trampki szczotką do paznokci. Co prawda błoto zeszło, ale razem z kolorem. Teraz miałam trampki czerwone w białe nieregularne plamy.

Z tego wszystkiego otworzyliśmy wino w plastikowej butelce o smaku piwnicy. Po rozcienczeniu colą smak piwnicy zelżał, a po drugim drinku przestało nam to przeszkadzać.

10 dnia poranek spędziliśmy na plaży. Bardzo chciałam pływać, ale wszędzie były te cholerne jeżowce. Jeżowiec na jeżowcu, jeżowcem poganiał. I niby miałam klapeczki anty-jeżowcowe, ale raz nie bardzo chciałam je deptać, niech sobie chłopaki żyją, a dwa jakby mi przyszło zostać w chorwackim szpitalu, to straszna kicha.

Pod wieczór pojechaliśmy na większe zakupy. Rafał i Tomek poszli szukać ryb, ja i Paweł mieliśmy znaleźć rzeczy na śniadanie. Kiedy po kilkunastu minutach szukania udało nam się znaleźć jajka w totalnie nie intuicyjnym miejscu obok ogórków kiszonych, Paweł wypuścił z rąk wytłaczankę i jajka stłukły się obryzgując mi nogi. Zanim zdążyłam coś powiedzieć on uciekł niby to szukać kogoś z obsługi, kto da mu ręczniki papierowe i mop. Stałam nad tymi jajkami, nie bardzo widząc pole do manewru, a obok mnie przechodzili ludzie kiwając głowami z politowaniem. Przyszły też panie z innych działów i chyba litowały się nade mną, że te jajka zbite, a ja tu stoję jak lama. W końcu przyszła miła starsza pani z ręcznikami, mówiła coś po chorwacku, ja do niej po polsku i udało nam się dogadać. Paweł też ostatecznie wrócił na koniec sprzątania i coś tam przetarł chusteczką, a pani chyba strasznie zaczęła go chwalić, że taki pomocny. Chociaż równie dobrze mogła mówić że jesteśmy kretynami, którzy narobili jej problemów. Ale ton miała miły. Później pani powiedziała łamanym angielskim, że Paweł będzie wspaniałym mężem, bo ja rozbiłam jajka, a on po mnie sprząta. Wiec chyba jednak się nie dogadałyśmy.

Na kolację zjedliśmy ryby z ognia, z grzankami i sałatką z arbuza i pomidorów. Do tej pory patroszyłam ryby tylko raz i kot kradł mi ich wnętrzności i roznosił je po trawniku. Tym razem nie było kota, więc było to łatwiejsze niż myślałam.

11 dnia kąpaliśmy się w wodospadach parku Krka i było strasznie, strasznie zimno. I dużo wodospadów.

Popłynęliśmy też promem do Skradin. Prom był strasznie wolny i nudny, a w Skradin za bardzo nic nie było, a co było to drogie. Byliśmy strasznie głodni i nakręciliśmy się wzajemnie, że zjemy albo kebaba albo nic. Nigdzie jednak nie było kebaba, więc zjedliśmy pączki.

W burgerowni w Szybieniku nie można było płacić kartą, a bankomat uparł się, żeby pobrać prowizję. Dość długo debatowaliśmy nad tym, czy wypłacać pieniądze, czy iść do sklepu i coś sobie zrobić, aż w końcu zgłodnieliśmy tak bardzo, że prowizja przestała nam przeszkadzać. Na szczęście burgery były ekstra. Choć to wciąż nie był kebab.

12 dnia na granicy chorwacko – węgierskiej zatrzymała nas straż graniczna. Sami nie bardzo wiedzieli czego od nas chcą i po kilkuminutowej debacie kazali nam zgasić Poloneza i otworzyć bagażnik. Paweł wysiadł, żeby otworzyć bagażnik, ale zanim zdążył to zrobić panowie w mundurach stwierdzili, że jednak nie chcą go oglądać i żebyśmy sobie już sobie jechali. Polonez oczywiście nie odpalił. Wściekły Rafał wypadł z samochodu z kluczem francuskim w dłoni. Strażnicy spojrzeli na niego trochę jak na wariata, ale że nie szedł w ich stronę nic nie zrobili. Rafał podniósł maskę, zaczął walić kluczem w rozrusznik, trzasnął maską i odjechaliśmy. Przez tylną szybę patrzyłam na malejące twarze strażników z minami mówiącymi ‘co to się właśnie odwaliło’ po węgiersku.

Na Węgrzech zatrzymaliśmy się w karczmie. Mieli dwie karty, jedną niemiecką, i jedną węgierską. Nie znaliśmy żadnego z tych dwóch języków. Chcieliśmy wspomóc się translatorem, ale z internetem coś było nie tak. Przyszedł kelner i zaczął mówić po węgiersku. My do niego po angielsku. On przerzucił się na niemiecki. Mówienie po polsku nie miało sensu, więc zaczęliśmy pokazywać rzeczy które chcemy, w ciemno. Kelner z widoczną ulgą na twarzy odszedł od naszego stolika. Tego dnia na obiad jadłam pizzę z salami.

Zatrzymaliśmy się w Keszthely nad Balatonem, w małym pensjonacie. Właściwie był to dom prywatny z pokojami na wynajem, nie jestem pewna czy to to samo. Był tam też niby basen, ale pogody nie było, więc nawet go nie widzieliśmy.

Poszliśmy połazić po mieście, aż trafiliśmy do amerykańskiej knajpy, w sumie to tylko na piwo, bo nie byliśmy głodni. Pani kelnerka zapytała czy chcemy coś z kuchni, bo przyjmuje ostatnie zamówienia. Skoro już zapytała… Zjedzenie dopiero co pizzy z salami, nie przeszkodziło mi w zagryzieniu jej cheesburgerem z krążkami cebulowymi i serowymi nuggetsami.

13 dnia zrobiliśmy małe zakupy i zjedliśmy śniadanie na ławce koło parkingu.

W drodze do domu zahaczyliśmy o słynący z lawendy półwysep Tihany. Sprawdziliśmy echo, które miało odbijać się od kościoła i owszem – odbijało się. 

Na Słowacji zjedliśmy obiad. Cały czas chodził za mną ten cholerny kebab. Co prawda kebaba tutaj też nie było, ale udało mi się zamówić coś tortillo-podobnego.

Dojechaliśmy do Cieszyna, gdzie udało nam się zgubić. Nie mam pojęcia jak można zgubić się w Cieszynie, mając do tego włączone Google maps, nie mam nic na nasze usprawiedliwienie. Może tylko to, że czeskie napisy mogły nas zmylić.

W Pszczynie zatrzymaliśmy się na pożegnalne McFlurry. Polonez przestał odpalać nawet z pomocą multitoola i kamieni. Rafał stwierdził, że wygnie stacyjkę na chama i odpali go ostatni raz – jeśli zgaśnie to dalej już nie pojedziemy.

Jak powiedział, tak się stało. Porozwoził nas po domach, po czym Polonez zgasł na parkingu przed jego blokiem. Więcej nie odpalił.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Previous post Spalona żywcem
Next post Idealna pani domu

O mnie

Cześć, jestem Ania i zdarzają mi się rzeczy. A ja o tych rzeczach piszę. Czasem coś nazmyślam, żeby nie było nudy. W wolnych chwilach trwonię grube miliony w Monopoly i popijam gin.

Najnowsze komentarze

    Kategorie