Ten straszny pociąg z Woodstocku

Przepraszam, tu jest wolne? – krzyknęłam w biegu.

Łysy chłopak bez zęba skinął głową. Cała zlana potem usiadłam na czerwone, pkp-owskie, skóropodobne siedzenie, do którego natychmiast się przylepiłam. Ludzie dalej szukali miejsc. A przy tym biegali w tę i z powrotem, przepychali się łokciami, wrzeszczeli, niektórzy nawet walecznie kąsali się po rękach. 

Dziesięć sekund później nie było już ani skrawka miejsca na siedzeniach (oprócz jednego, które zajmował wielką łapą łysy chłopak bez zęba), więc ludzie zaczęli bić się o te zajęte na korytarzu.

Konduktor dał znak do odjazdu. Łysy chłopak bez zęba krzyknął do ludzi okupujących przejście, żeby przepuścili jego kolegę, bo on ma dla niego miejsce. Ludzie okupujący przejście krzyknęli, że nigdzie nikogo nie puszczą, bo i tak się nie przepchnie.

Nie mieli racji – przepchnął się. Co prawda nadepnął na kilka rąk i obił glanami parę nosów, ale po chwili dumnie usiadł na przygotowanym dla niego miejscu naprzeciwko mnie. Kolega łysego chłopaka bez zęba miał długie włosy i również nie miał zęba.

Pociąg powoli toczył się po torach. Jakiś chłopak z peronu wrzasnął, że musi jechać tym pociągiem. Długowłosy chłopak bez zęba powiedział, żeby wskakiwał przez okno. Chłopak z peronu chwycił niską dziewczynę i wcisnął ją lufcikiem. Długowłosy chłopak bez zęba wciągnął ją do środka. Chłopak zaczął wspinać się sam. Ludzie w wagonie krzyczeli, żeby zamknąć okno, bo już nie ma miejsca, po czym weszły jeszcze trzy osoby. 

Ledwo wychwytywałam kończące się resztki tlenu. Wszystko było mokre, a w powietrzu unosił się zapach spoconego metala. Na czteroosobowych miejscach siedzieliśmy w dwanaście osób. Na oparciach, na kolanach, na głowach.

Ruszyliśmy na dobre. Chłodne powietrze uderzyło mnie w twarz. Odetchnęłam. Wszyscy we względnej ciszy łapaliśmy powietrze, robiąc zapas na postój na następnej stacji.

Długowłosy chłopak o twarzy Indianina, siedzący na plecaku tuż obok mnie chrząknął donośnie. Zwróciliśmy głowy w jego stronę, a on uśmiechnął się chytrze.

– Pewnie zastanawiacie się po co was tu zebrałem.

Jako, że nigdy tego nie wyjaśnił zastanawiam się do dzisiaj.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Previous post Bailey’s i karton wina
Next post Przebłysk geniuszu

O mnie

Cześć, jestem Ania i zdarzają mi się rzeczy. A ja o tych rzeczach piszę. Czasem coś nazmyślam, żeby nie było nudy. W wolnych chwilach trwonię grube miliony w Monopoly i popijam gin.

Najnowsze komentarze

    Kategorie